Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kampania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kampania. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 kwietnia 2026

Kampania w świecie Quarów (VII)


 Zdobyć i Utrzymać oraz Magazyny Amunicji

Lampa naftowa syczała cicho, rzucając drżące cienie na brezentowe ściany namiotu. Vrynn siedział przy zbitym z desek stole, wpatrując się w czystą kartę papieru. Pióro w jego dłoni wydawało się cięższe niż karabin po całodniowym marszu.

Znowu to samo. Kolejny raport, kolejny list, który rozedrze czyjeś serce w Solvik.

Tym razem na szczęście był tylko jeden. Tylko jedno nazwisko do dopisania na liście strat, tylko jeden zestaw rzeczy osobistych do spakowania do lnianego worka. Jednak dla Vrynna ten jeden list ważył tyle samo, co te cztery, które musiał skreślić po ostatniej jatce na drodze przez bagna.




 

Wspomnienie tamtej bitwy przeciwko siłom Coftyru wciąż piekło go pod powiekami. Pamiętał błoto mieszające się z krwią, ryk silników i desperacką próbę przejęcia traktu, która zamieniła się w rzeźnię. Pamiętał twarze czterech chłopaków, których zostawił tam, w czarnym bagnie, i tę przeklętą ciszę, która nastała po ich śmierci. Wtedy też zginął wysłannik z Dowództwa Krucjaty – oficer, który miał koordynować ich działania, a skończył z dziurą w piersi, zanim zdążył rozpiąć kaburę.

Vrynn splunął na ziemię i spojrzał w stronę wyjścia z namiotu.

Najgorsza była jednak buta tych trzech, którzy przybyli jako wsparcie. Gryz, Zapał i Głaz. Specjaliści z Krucjaty, "elita" w poobijanych pancerzach, która teraz siedziała przy osobnym ognisku. Odmawiali walki ramię w ramię z milicjantami z Tollyn Maeryn.

— Mamy jasne wytyczne z góry, Auld Bucku— wycedził wcześniej Gryz Pwyn, nawet nie odrywając wzroku od ogniska. — Nasze rozkazy mówią o wsparciu strategicznym, a nie o łataniu dziur w waszej amatorskiej linii obrony. Nie zamierzamy ginąć tylko dlatego, że jakiś milicjant nie potrafi utrzymać szyku.

"Niech ich szlag trafi", pomyślał Vrynn, zaciskając dłoń na piórze tak mocno, że stalówka lekko zazgrzytała o papier. Jak mieli utrzymać te bagna, skoro ci, którzy mieli ich wzmocnić, traktowali ich jak zbędny balast? Jak miał pisać listy o bohaterstwie, skoro w jego własnym obozie rósł mur wybudowany z pogardy i sztywnych regulaminów?

Za namiotem usłyszał stłumione przekleństwo Oldyra i rytmiczne, metaliczne stukanie – to zapewne Elara „Szpila” Vane czyściła karabin, ignorując obecność dumnych szturmowców. Vrynn zanurzył pióro w kałamarzu. Musiał zacząć pisać.

„Z głębokim żalem zawiadamiam, że podczas pełnienia służby...”

Słowa kłamały. Żal nie był głęboki. Żal był dławiący, a gniew na specjalistów z Krucjaty palił go od środka mocniej niż podła lura, którą Brenna nazywała kawą.

 
 Vrynn na chwilę zawiesił pióro nad papierem. Wspomnienie bitwy o magazyny było jedynym jasnym punktem w tym bagnistym koszmarze. Gdyby nie załoga „Żelaznej Grzechotki”, pewnie nie byłoby komu pisać tych raportów.

Faelvor Armored Wagon, ochrzczony przez milicjantów tą dumną nazwą ze względu na terkot silnika i dzwonienie rykoszetów o pancerz, wjechał wtedy prosto w ogień sił Coftyru. Morys „Zgrzyt” Krell i Padrig „Błysk” Lunn wykazali się brawurą, której próżno było szukać u sztywnych specjalistów z Krucjaty. Podczas gdy inni liczyli naboje i sprawdzali paragrafy w regulaminie, „Grzechotka” taranowała barykady i osłaniała milicję własną stalową piersią.

Wtedy, pod magazynami, nie było podziału na „elitę” i „amatorów”. Był tylko dym, smród i huk 54 mm działka Morysa, które ostrzeliwało Coftyran.

Vrynn westchnął ciężko i w końcu przyłożył pióro do kartki.

Piszę te słowa w cieniu Faelvora, który jako jedyny nie zawiódł, gdy przyszło do walki o magazyny...

Zaczął pisać, choć wiedział, że te słowa nigdy nie trafią do oficjalnego raportu dla Dowództwa Krucjaty. Tamci nie chcieli słuchać o lojalności załogantów samochodu pancernego ani o tym, że milicja z Tollyn Maeryn została wystawiona na rzeź.

  
Vrynn poczuł, jak pióro drży mu w dłoni na samo wspomnienie ostatniej bitwy tamtego dźwięku. To nie był zwykły wystrzał. To był skowyt rozrywanego powietrza, który zwiastował nadejście stalowego potwora Coftyru.

Podczas gdy „Żelazna Grzechotka” była zwinna i bitna, przeciwnik wystawił coś, co przypominało ruchomą fortecę. Ich czołg dominował nad traktem, a jego działo – potężne, o kalibrze, który sprawiał, że Faelvor wyglądał przy nim jak dziecięca zabawka – pluło ogniem z bezlitosną regularnością.

Vrynn pamiętał tamten moment z przerażającą dokładnością. Skulili się za starym, kamiennym murkiem przy skraju drogi. Wydawało się, że to solidna osłona, relikt dawnych czasów, który przetrwa wszystko. Ale kiedy działo Coftyru przemówiło, murek ledwo wytrzymał impet uderzenia. Kamienie, które stały tam od pokoleń, w ułamku sekundy zamieniły się w śmiercionośne odłamki i pył.

Siła eksplozji rzuciła Vrynnem o ziemię, ale to, co zobaczył po podniesieniu głowy, nawiedzało go w snach do dziś. Trzech ryflerów stojących najbliżej wyrwy oberwało bezpośrednio. Pył jeszcze nie opadł, gdy usłyszał ten charakterystyczny, zdławiony jęk.

Wśród nich był Arlo Vane.



 Chłopak, który zawsze pisał listy do matki. Chłopak, którego Oldyr próbował chronić jak własnego syna. Arlo leżał w pyle, a jego mundur milicjanta był nasiąknięty ciemną krwią szybciej, niż ktokolwiek zdołał krzyknąć o pomoc. To wtedy Vrynn zrozumiał, że w starciu z taką potęgą ich determinacja to za mało. Ran Arlo nie dało się opatrzyć – działo Coftyru nie zostawiało szans na ratunek. Chłopak zmarł tam, w cieniu pękającego muru, stając się nazwiskiem na liście, którą Vrynn musi wysłać do Solvik.

Vrynn spojrzał teraz na czystą kartkę papieru przed sobą. Dzisiaj musiał napisać tylko o jednym żołnierzu, ale śmierć Arlo pod magazynami sprawiła, że każdy kolejny list wydawał się zdradą.

Wtedy z zewnątrz dobiegł go głos Morysa „Zgrzyta”: — Hej, Yawdrylu! — Pancerniak łomotał w pancerz „Grzechotki”. — Słyszałem te wasze gadki z „elitą” z Krucjaty. Niech sobie siedzą w swoich lśniących pancerzach. Jeśli ten potwór Coftyru znów wypełznie z błota, Padrig ustawi nas tak, że działo nie będzie miało czystego kąta. My nie uciekniemy, Vrynn. Nie tak jak ci specjaliści, co tylko patrzą w papierki.

Vrynn zacisnął zęby. Śmierć Arlo Vane’a była ceną za brak ciężkiego wsparcia pod magazynami. Teraz miał wsparcie – trzech szturmowców, którzy byli najlepsi w swoim fachu, a jednak ich duma była większym murem niż ten, za którym zginął Arlo.

— Elara! — krzyknął Vrynn, wychylając się z namiotu. — Sprawdź jeszcze raz zapasy granatów przeciwpancernych. Jeśli znowu zobaczymy to działo, nie będę czekał na zgodę Dowództwa Krucjaty, żeby ich wysadzić.

Elara „Szpila” Vane, siostra poległego Arlo, zatrzymała się i powoli skinęła głową. W jej oczach nie było strachu, tylko zimna, milicjancka nienawiść do wszystkiego, co nosiło barwy Coftyru.

 



Vrynn na moment przymknął oczy, a pióro znieruchomiało nad raportem. To było jedno z tych wspomnień, które nie pasowały do czarno-białych opowieści o wojnie. Obraz Coftyrian jako bezlitosnych rzeźników pękł tamtego dnia.

Milwer Jukk walcząc w środku pola, obok grzechotki oberwał. Nie dało się go odciągnąć; ogień zaporowy był tak gęsty, że każda próba uniesienia noszy kończyła się serią w błoto. Vrynn pamiętał beznadzieję w oczach Keffa, który patrzył, jak jego Milwer powoli gaśnie na ziemi niczyjej.

I wtedy stało się coś niewyobrażalnego.

Ogień ustał. Nie dlatego, że skończyła się amunicja, ale dlatego, że coftyriański dowódca — człowiek, którego nazwiska Vrynn nigdy nie poznał — uniósł dłoń. Z ich linii, zamiast kolejnej salwy, wyszło dwóch medyków. Bez broni, w tych ich dziwnych, sztywnych płaszczach.

Cena za życie Jukka była wysoka i dotkliwie ironiczna. Ćmowe ciastka. Nasz najcenniejszy zapas, przysłany z Solvik, by wzmocnić siły i morale wycieńczonych milicjantów. Te małe, nasycone esencją wypieki potrafiły postawić na nogi Quara, który nie spał od trzech dób. Były warte więcej niż złoto, zwłaszcza gdy przed Tobą jeszcze mile bagnistych walk.

Vrynn musiał podjąć decyzję w ułamku sekundy. Spojrzał na dymiące działo wroga, potem na trzęsącego się Jukka, a na końcu na skrzynie z zapasami.

— Oddajcie im to — wycharczał wtedy.

Brenna płakała, wydając Coftyrianom ostatnie puszki i zawiniątka. Milicjanci patrzyli z głodem i niedowierzaniem, jak ich jedyna szansa na regenerację odjeżdża w rękach wroga. Morale sypało się na ich oczach, ale Jukk... Jukk przeżył. Coftyriańscy medycy, z tą swoją chłodną, profesjonalną precyzją, ustabilizowali go na miejscu i pozwolili nam go zabrać.

Vrynn spojrzał teraz przez połę namiotu na siedzącego przy ognisku Jukka. Chłopak był blady, miał głębokie blizny na szyi i świszczący oddech, ale nadal był z nimi.

— Warto było — mruknął Vrynn do siebie, choć wiedział, że specjaliści z Krucjaty, gdyby o tym usłyszeli, nazwaliby go zdrajcą albo szaleńcem. Dla nich ćmowe ciastka to był zasób strategiczny, a milicjant był tylko cyfrą.

Poczuł nagły przypływ dumy z tego, że dowodzi milicją z Tollyn Maeryn. Może i nie mieli pancerzy z Krucjaty, może i musieli przekupywać wroga słodyczami, by ratować swoich, ale w tym oddziale nikt nie był zostawiany na zmarnowanie.

Vrynn poczuł nagły przypływ adrenaliny, który na moment stłumił ból w kikucie. To było to. To była ta chwila, która uratowała ich pod magazynami i zmazała gorycz oddanych ciastek.

Yawdryl Peli Glynn ze swoimi dwoma ryflerami, przemykający jak duchy przez lewą flankę, wykorzystując każdy cal bagiennej mgły. W tym samym czasie on sam, na prawej flance, brodził po pas w lodowatej wodzie, modląc się, by szczęk oporządzenia nie zdradził ich pozycji.

To był klasyczny kleszczowy manewr, wykonany przez milicję, o której specjaliści z Krucjaty mówili, że potrafi tylko uciekać. Kiedy Peli dał sygnał – ten swój krótki, świdrujący gwizdek – uderzyli jednocześnie. Weszli na tyły wroga z furią, której Coftyrianie się nie spodziewali. Zajęcie magazynów z amunicją było gwoździem do trumny przeciwnika. Bez pocisków do swojego potężnego działa, stalowy potwór stał się tylko bezużytecznym klocem żelaza, a ich dowódca musiał uznać wyższość "amatorów" z Tollyn Maeryn.

Vrynn otworzył oczy. Spojrzał na kartkę. Czas przestać uciekać w sny o przeszłości. Trzeba to było zapisać, czarno na białym, dla historii i dla dowództwa, które tak bardzo ich nie doceniało.

Mocno chwycił pióro. Już nie drżało.

 



 


czwartek, 1 stycznia 2026

Kampania w Świecie Quarów (II)

 Misja pierwsza - przygotowania

 

Deszcz uderzał o metalowy pokład barki desantowej z głuchym, monotonnym dudnieniem, mieszając się z rykiem silników parowych. Rzeka Erdwyn była tej nocy niespokojna, jej czarne wody pieniły się przy burtach, niosąc ze sobą zapach błota i spalonego węgla. W półmroku ładowni, oświetlonym jedynie przez drgające płomienie lamp naftowych, pluton Vrynna przygotowywał się do swojej pierwszej wspólnej operacji na wyspie Nefyn.

Ostatnie przygotowania

Atmosfera była gęsta od napięcia i odoru mokrej wełny płaszczy.

  • Perrin siedział na podłodze, mocno ściskając między kolanami swój wiklinowy kosz. Wyczuwał niepokój swoich podopiecznych – Nitka i Węzeł kręciły się w środku, drapiąc pazurkami o ściany, podczas gdy Iskra próbowała podgryzać rzemień jego hełmu. Perrin uspokajał je cichym mruczeniem, co chwilę sprawdzając, czy bębny z kablem są szczelnie owinięte woskowanym płótnem.

  • Brenna, z przewieszonymi przez ramię torbami pełnymi opatrunków i sucharów, krążyła między „kitami”, sprawdzając, czy mają zapięte kołnierze. Wcisnęła każdemu do łapy po kawałku twardego piernika. „To na energię, jak już wysiądziecie w tym błocie” – burczała, choć jej oczy zdradzały matczyną troskę.

  • Oldyr siedział w najciemniejszym kącie, niemal całkowicie nieruchomy. Jego długa strzelba spoczywała na kolanach, owinięta w szmaty maskujące. Stary weteran nie jadł piernika. Patrzył tylko w ciemność za burtą, jego proteza skrzypiała cicho przy każdym uderzeniu barki o falę. On wiedział, jak smakuje Nefyn – i nie był to słodki smak.

Rozkaz Vrynna

W końcu Sub-Caenerol Vrynn wystąpił na środek. Światło lampy wyostrzyło jego zmęczoną twarz i pusty rękaw munduru, który wiatr szarpał we wszystkie strony. W jedynej dłoni trzymał pognieciony arkusz papieru z oficjalną pieczęcią Sztabu 7. Dywizji.

Uderzył dłonią w metalową ścianę, by uciszyć pomruki silnika, i zaczął czytać chrapliwym głosem:

„Z rozkazu Dowództwa Maer Braech: Pluton Vrynna ma przeprowadzić skryty desant na południowym cyplu wyspy Nefyn. Cel: odnaleźć i zneutralizować baterie ciężkiej artylerii Rojalistów, które paraliżują przeprawę naszych głównych sił przez rzekę. Macie być duchem, który uderza w serce ich stali. Jeśli działa nie umilkną przed świtem, flota zostanie rozniesiona w pył.”

Vrynn zwinął papier i spojrzał na swoich ludzi. – Słyszeliście? Rojaliści myślą, że Nefyn to ich forteca. My pokażemy im, że to ich pułapka. Perrin, potrzebuję linii do sztabu zaraz po tym, jak zabezpieczymy przyczółek. Oldyr, ty idziesz pierwszy, znajdź te działa. Brenna... trzymaj chłopaków w kupie.

Gdy barka uderzyła o piaszczysty brzeg wyspy, a rampa opadła z ciężkim hukiem, w twarze Quarów uderzył zimny wiatr Nefyn. Pierwsza misja kampanii właśnie się zaczynała.


Rampa barki opadła z ciężkim chrobotem, wrzynając się w mulisty brzeg wyspy Nefyn. Chłodne, nocne powietrze natychmiast wypełniło ładownię, niosąc zapach wodorostów i mokrej ziemi. Sub-Caenerol Vrynn nie tracił czasu. Jednym ruchem sprawnej ręki wskazał na niewielkie wzniesienie osłonięte rzadkimi zaroślami.

– Grendel! – krzyknął Vrynn do starego dowódcy grenadierów. – Rozbijcie tu obóz. Okopcie działo, rozstawcie warty i niech Perrin spróbuje przeciągnąć pierwszy kabel do brzegu. Jeśli coś pójdzie nie tak, macie być naszą twierdzą.

Gdy reszta plutonu zaczęła w milczeniu wyładowywać skrzynie, Vrynn odwrócił się do swojego zaufanego podoficera. Yawdryl Krol akurat odpalał nową końcówkę cygara od żaru poprzedniego.

– Krol, bierz ludzi. Idziecie na szpicę – rozkazał Vrynn, a jego głos stał się cichy i zimny. – Skład: Pips na oko, Guff jako wsparcie, Keff do pełzania w błocie, Tolly i Harl do asekuracji, Bram, Mots, Olo i Ryn. Bierzesz też Jukka, muszę mieć pewność, że nic wam się nie zatnie w tej wilgoci. No i Brenna... – Vrynn spojrzał na Dynę, która już poprawiała torby medyczne. – Jeśli kogoś trafią, musisz go poskładać na miejscu.

Krol skinął głową, wypuścił gęsty kłąb dymu i rzucił krótkie: – Za mną, kity! Ruchy, zanim nam kopyta w tym błocie zgniją!

 

Patrol w głąb Nefyn

Ruszyli w głąb wyspy. Na przedzie, niemal zlany z ciemnością, poruszał się młody Pips. Jego sokoli wzrok przeczesywał każde zarośla. Tuż za nim, niczym cień, przemykał Keff, który w tym podmokłym terenie czuł się lepiej niż na placu apelowym.

Guff szedł z tyłu za Pipsem, trzymając swój karabin jak zabawkę, gotowy zasłonić przyjaciela własnym ciałem. Obok niego dreptał Bram, trzymając się blisko potężnego kowala i co chwilę nerwowo nasłuchując odgłosów nocy.

Patrol Krola wyszedł na krawędź niewielkiego, zaniedbanego sadu. Między rzędami dzikich drzew owocowych majaczyła sylwetka niewielkiego, domu z kamienia, otoczonego niskim murkiem. To typowa zabudowa Nefyn – solidna i łatwa do obrony.

– Spójrzcie na ten murek – szepnął Pips, mrużąc oczy. – Ktoś tam leży. Widzę lufę rhyfla wystającą zza kamieni....

 


CDN. 


poniedziałek, 29 grudnia 2025

Kampania w Świecie Quarów


 Początek

 

Kampania i zarys postaci

 W związku ze startem kampanii Quarów, która toczyła się będzie na małej wyspie u ujścia rzeki Erdwyn na wyspie Nefyn, przygotowałem swoją drużynę z Tollyn Maeryn!

A teraz czas na przedstawienie ekipy.

Na początek 10 "wybranych", których losy będziemy śledzić w czasie kampanii, i którzy będą zbierać doświadczenie (zdjęcie kolorowych modeli dodam jak je zrobię 😏). W kolejnym wpisie umieszczę historię pozostałych członków plutonu.



 

Dowódca 3 plutonu "Włócznie Solvik", 2 kompanii, 114 Pułku Piechoty Liniowej z 7 Dywizji Odcinka, Sub-Caenerol (Auld Buck) Vrynn. Jego pusty, lewy rękaw munduru, jest dla jego podwładnych ważniejszy niż jakikolwiek medal. Stracił rękę w 1781 roku podczas jednego z ostatnich rajdów lotniczych Creevish, osłaniając młodych rekrutów przed odłamkami bomby.

Mimo kalectwa, Vrynn odmówił odejścia na tyły.  Jako Auld Buck wierzy, że jego przeznaczeniem jest zobaczyć upadek Coftyru, zanim na dobre odłoży broń. W 1782 roku jego rola stała się kluczowa – nie tylko dowodzi, ale uczy młode Quary, jak przetrwać w okopach. Mówi się, że potrafi przeładować swój rewolwer jedną ręką szybciej niż nowicjusz dwiema, używając do pomocy kolana i niesamowitego uporu.
​W obozie przed bitwą Vrynn jest ostoją spokoju. Podczas gdy tworzone są wielkie plany inwazji, „Jednoręki” sprawdza, czy każdy z jego żołnierzy ma suche skarpety i naostrzony bagnet. Wie, że początek 1782 roku będzie albo początkiem wielkiego powrotu do domu, albo ostatnim przystankiem dla wielu jego „chłopców”.

  


 Yawdryl „Dymiący” Krol pełni funkcję pierwszego Podoficera Plutonu (Prawa ręka Sub-Caenerola Vrynna). Krol rzadko pojawia się bez grubego, wonnego cygara (z lokalnego tytoniu z prerii Maer Braech, zwanego „Gryzącym Zielem”). Nawet w okopach pod Bostad, w samym środku mroźnego Pryfqen, smugę dymu z jego pozycji widać z daleka. Twierdzi, że dym pomaga mu „wyczuć kierunek wiatru przed ostrzałem”. Dla nowych rekrutów Krol jest gorszy niż nieprzyjaciel. Nie toleruje brudnej broni, niedojedzonych racji ani – co gorsza – siania defetyzmu. Jego głos, zachrypnięty od tytoniu i lat wydzierania się na placu apelowym, potrafi przebić się przez huk wybuchów. To on fizycznie prowadzi sekcje do ataku. Podczas gdy Vrynn analizuje sytuację taktyczną, Krol jest tym, który kopniakiem wygania Quary z bezpiecznych okopów, gdy nadchodzi czas „skoku”.
​Krol i Vrynn rozumieją się bez słów. Kiedy Vrynn stracił rękę w 1781 roku, to właśnie Krol wyciągnął go spod gruzów, nie wypuszczając cygara z ust. Od tego czasu Yawdryl przejął na siebie wszystkie zadania wymagające „dwóch sprawnych dłoni” – to on czyści rewolwer Vrynna i pomaga mu przy mapach. Jest lojalny do szpiku kości, ale jako jedyny ma prawo mruknąć do dowódcy: „Stary, znowu pakujesz nas w kłopoty”.

 


Milwer „Bystry” Jukk, strzelec lekkiego karabinu wsparcia.
​Jukk zyskał swój przydomek nie dlatego, że jest wybitnym strategiem, ale dlatego, że jako jedyny w sekcji potrafi naprawić zacięty mechanizm karabinu w kompletnych ciemnościach i przy temperaturze poniżej zera. Podczas gdy Yawdryl Krol dba o dyscyplinę krzykiem, Jukk dba o to, by sekcja miała czym strzelać.
​W 1781 roku, podczas odwrotu spod nalotów Creevish, to Jukk targał na plecach zapasowe skrzynki amunicji, mimo że ogień z nieba topił błoto wokół niego. Widział, jak Vrynn traci rękę, i to on jako pierwszy rzucił mu swoją chustę, by zatamować krwotok. Od tamtej pory Milwer Jukk czuje na swoich barkach ciężar odpowiedzialności za „kity”.
Zimą 1782 roku, kiedy lód rzeki Erdwyn zaczyna niepokojąco trzeszczeć, Jukk spędza noce na ostrzeniu bagnetów swoich kolegów. Nie pali cygar jak Krol – on żuje suszone korzenie, które pomagają mu zachować czujność na nocnych wartach. Jest cichy, pragmatyczny i – co najważniejsze – zabójczo skuteczny, gdy trzeba osłaniać odwrót lub przygotować pole pod natarcie.



  Brenna „Mama” – Home Dyna, pochodzi z małej osady pasterskiej na obrzeżach Solvik. Przez dekady prowadziła tam lokalną gospodę, słynącą z najlepszego gulaszu na preriach Maer Braech. Wojna odebrała jej dom w 1780 roku, ale nie odebrała jej ducha. Zamiast uciekać do obozów dla uchodźców, Brenna zapakowała swój największy wózek, zapas suszonych ziół i ruszyła śladem poborowych z jej wioski. Kiedy zobaczyła, jak młode Quary marnieją w mokrych okopach, jedząc zimne racje, uznała, że „ci chłopcy zginą od niestrawności szybciej niż od kul Creevish”.
Znalazła się w 7. Dywizji Sektorowej krótko po tym, jak Vrynn stracił rękę. Zobaczyła go, gdy próbowano go opatrzyć w polowym szpitalu – był blady, uparty i odmawiał jedzenia. Brenna po prostu weszła do namiotu, odepchnęła sanitariuszy i nakarmiła go swoimi ciastami z ćmami. Vrynn, czując w niej taką samą niezłomną siłę, jaką sam posiadał, pozwolił jej zostać. Od tamtej pory Brenna jest nieoficjalną częścią sztabu plutonu. Vrynn wie, że obecność Dyny robi dla morale więcej niż dziesięć przemówień Campryqa Loecka.
W obozie, Brenna pełni rolę kwatermistrza, sanitariuszki i sumienia oddziału. Jej kuchnia polowa to jedyne miejsce, gdzie żołnierze mogą się ogrzać i na chwilę zapomnieć o nadchodzącej re-inwazji na Coftyr. Jednocześnie pilnuje, by „kity” zmieniały onuce i myły pyski. Dla niej brudny żołnierz to chory żołnierz, a chory żołnierz jest nieużyteczny dla sprawy.


  Oldyr „Gderliwy” (Irascible Lone Buck) to relikt dawnych wojen. Przez lata służył w milicji terytorialnej, ale jego świat zawalił się w 1780 roku. Podczas krwawego rajdu powietrznego Creevish na południowe rubieże, jego macierzysta sekcja została doszczętnie wybita. Oldyr, jedyny ocalały, przez trzy dni siedział w zniszczonym bunkrze, odmawiając porzucenia ciał swoich towarzyszy, dopóki nie odnalazły go patrole 7. Dywizji. Strata „swoich chłopców” i własne rany sprawiły, że stał się zgorzkniałym, gderliwym odludkiem.
Zamiast wysłać go na przymusową emeryturę, dowództwo Maer Braech, cierpiące na chroniczne braki kadrowe przed ofensywą 1782, przydzieliło go jako „wolnego strzelca” do plutonu Sub-Caenerola Vrynna. Vrynn, sam będąc okaleczonym weteranem, był jedynym oficerem, który nie bał się przyjąć pod swoje skrzydła kogoś tak nieprzewidywalnego jak Oldyr. W dokumentach widnieje jako wsparcie taktyczne, ale w rzeczywistości jest „duchem”, który błąka się na obrzeżach obozowiska.
Mimo wieku i protez, Oldyr jest niezrównanym obserwatorem. Często spędza całe dnie w mroźnym śniegu obserwując przedpole. Jego karabin o dalekim zasięgu to jedyna rzecz, o którą dba z czułością. Dzięki instynktowi przetrwania wyczuwa ruch wroga, zanim zauważą go młode „kity”. A podczas starcia nie czeka na rozkazy – sam wybiera cel, który uzna za największe zagrożenie dla „chłopców Vrynna”.


 

 „Czwórka z Bostad” historia czterech Rhyflerów 

 


 

Pips dorastał w osadzie Hollow Creek, niedaleko Solvik. Był synem pasterza i od dzieciństwa słynął z tego, że potrafił dostrzec drapieżnika czającego się w wysokich trawach, zanim ktokolwiek inny  odniósł alarm. To on pierwszy zauważył dym nad horyzontem w 1780 roku, gdy pierwsze oddziały Creevish przekroczyły granicę.
Kiedy jego wioska została spalona, Pips uciekł na jednym z ostatnich wozów taborowych. W punkcie werbunkowym w Solvik był tak mały, że oficerowie chcieli go odesłać do kuchni, ale jego wynik na strzelnicy (trafił dziesięć razy w środek tarczy przy silnym wietrze) zamknął im usta. Vrynn, szukając kogoś o „sokolim wzroku”, osobiście wyciągnął go z kolejki poborowych do swojego plutonu.


 


Guff był kowalem w tej samej okolicy co Pips. Jego ojciec i dziadek podkuwali wierzchowce dla dawnej armii Maer Braech. Guff i Pips znali się od zawsze – to Guff ratował Pipsa z opresji, gdy ten wpadał w tarapaty z rówieśnikami w miasteczku. Gdy wybuchła wojna, Guff nie chciał iść do wojska; wolał zostać i odbudować kuźnię, ale kiedy zobaczył Pipsa maszerującego w stronę frontu, po prostu wziął swój młot, zamknął warsztat i poszedł za przyjacielem.
W wojsku szybko zauważono jego nadludzką siłę. Jukk, Milwer z plutonu Vrynna, szukał kogoś, kto nie padnie pod ciężarem skrzyń z amunicją podczas długich marszów. Guff został przydzielony jako „muł” sekcji, ale szybko stał się kimś więcej – tarczą, za którą chowają się pozostali.


Harl pochodził z bogatszej rodziny kupieckiej z Solvik. Podczas gdy Pips i Guff pracowali w pocie czoła, Harl uczył się fechtunku i marzył o zostaniu wielkim bohaterem na miarę Campryqa Loecka. Poznał pozostałych podczas jarmarków, gdzie często wygrywał zawody w bieganiu i strzelaniu z procy. Miał energię, której inni nie potrafili okiełznać.
Zaciągnął się jako ochotnik w 1781 roku, uciekając przed nudą życia handlarza. Wybrał 7. Dywizję, bo słyszał, że „Jednoręki” Vrynn to oficer, który nie boi się brudnej roboty. To on nadał grupie nazwę „Czwórka z Bostad”, wierząc, że ich wspólna legenda zacznie się właśnie na tym odcinku granicy.


 


Mots był pomocnikiem u miejscowego grabarza i kronikarza. Zawsze cichy, zawsze z boku, zaprzyjaźnił się z Harlem, bo ten jako jedyny nie bał się jego ponurego poczucia humoru. Mots wiedział o wojnie więcej niż inni, bo widział rannych i poległych sprowadzanych z frontu do Solvik na długo przed oficjalnym naborem.
Mots nie chciał chwały ani zemsty. Zaciągnął się, bo wiedział, że jeśli front pęknie, on i tak skończy w grobie – wolał więc trzymać karabin w dłoniach. Trafił do plutonu Vrynna, ponieważ jego chłodna, niemal pesymistyczna ocena sytuacji idealnie równoważyła brawurę Harla. Vrynn ceni go za to, że Mots nigdy nie lekceważy niebezpieczeństwa.






  Valerius – „Żelazny Kołnierz” (Crusader is-Caerten “Advisor”)
Valerius nie przypomina smukłych oficerów z parad w Maetoon. Jego niski, krępy profil i sugerują, że jest to żołnierz stworzony do walki w zwarciu i czyszczenia okopów. Zanim został przysłany do 7. Dywizji, Valerius służył w elitarnych jednostkach przełamujących. To tam nauczył się, że wojny nie wygrywa się skradaniem, ale agresywnym parciem naprzód pod osłoną stali. Do plutonu Vrynna trafił jako „Advisor” z konkretnym zadaniem: ma przekształcić milicję Maer Braech z oddziałów defensywnych w szpicę natarcia, która jako pierwsza wejdzie do ataku w1782 roku.
Krótka, strzelba to jego ulubione narzędzie – idealne do siania spustoszenia w ciasnych przejściach. Valerius gardzi walką na dystans, którą uprawia Oldyr; dla niego prawdziwy żołnierz widzi strach w oczach wroga.
Valerius zawsze porusza się w charakterystycznej, przygarbionej pozie, jakby w każdej chwili był gotowy do skoku lub spodziewał się ostrzału. Ta „wieczna gotowość” sprawia, że młodzi Rhyflerzy, jak Pips czy Mots, czują się przy nim nieustannie obserwowani i oceniani.

 

piątek, 7 lutego 2025

Inwazja Sorgaxu!

  Gady wypełzają


Na skraju pustkowi, gdzie piasek mieszał się z kamieniami, a słońce prażyło bez litości, rozciągała się droga. To właśnie tam, w tym niegościnnym miejscu, starły się dwie potężne siły jaszczury Sorgaxu i barbarzyńcy oraz amazonki Vaendrali.

Jaszczury Sorgax, okrutne i bezlitosne, od dawna nękały te ziemie. Ich łuski odbijały promienie słońca, a ich szczęki wypełnione były ostrymi zębami. Barbarzyńcy Vaendrali, dumni i waleczni, postanowili raz na zawsze położyć kres ich panowaniu.


Na czele barbarzyńców stał ich wódz, Henarehos. Mężczyzna o posturze niedźwiedzia, z twarzą pooraną bliznami i spojrzeniem, które paliło jak ogień. Henarehos zebrał swoich wojowników i wojowniczki, a także sprzymierzone z nimi półolbrzymy i trole. Razem ruszyli na spotkanie z wrogiem.

Bitwa rozpoczęła się z wielką furią. Jaszczury Sorgax, pewne swojej przewagi, próbowały zaatakować z impetem. Ich jazda, złożona z szybkich i zwinnych gadów, próbowała rozerwać szyki barbarzyńców. Jednak wojownicy Vaendral, zwarci i zdyscyplinowani, stawili im czoła i odstraszyli swoją postawą. Ostatecznie barbarzyńcy sami uderzyli pierwsi.

Walczyli z determinacją. Ich topory i miecze rozłupywały łuski jaszczurów, a ich okrzyki bojowe niosły się po pustkowiu. Dzięki ich heroicznej postawie, grupie dowódczej udało się przebić przez linie wroga.


Jednak na prawej flance i w centrum, sytuacja nie wyglądała tak dobrze. Amazonki z Vaendrali i sprzymierzone półolbrzymy, choć walczyły z odwagą, nie były w stanie powstrzymać naporu jaszczurów. Jaszczury Sorgax, wykorzystując swoją przewagę liczebną i szybkość, zniszczyły ich oddziały.


Bitwa zakończyła się taktycznym zwycięstwem jaszczurów Sorgax. Barbarzyńcy Vaendral ponieśli dotkliwe straty, a ich sojusznicy zostali zdziesiątkowani. Jednak, mimo porażki, duch walki w barbarzyńcach nie zgasł. Wiedzieli, że to nie koniec wojny. Czekali na swoją szansę, by pomścić poległych i odzyskać utracone ziemie.


Po bitwie, resztki armii Vaendral, wyczerpane i zgnębione, powoli wracały na swoje ziemie. Ich serca były wypełnione smutkiem i żalem po stracie towarzyszy broni. Jednak, mimo porażki, w ich duszach tliła się iskra nadziei. Wiedzieli, że muszą się podnieść i pomścić poległych. Podczas powrotu, na skraju pustkowi, wojownicy Vaendral natknęli się na coś niespodziewanego. Odkryli, że przez te tereny przebiegają szlaki handlowe, którymi karawany kupieckie transportują cenne towary. Widząc szansę na poprawę swojej sytuacji, postanowili wykorzystać to odkrycie. Pod wodzą Henarehosa, który po bitwie zyskał miano Najeźdźcy, wojownicy Vaendral zajęli szlak i zdobyli cenne łupy.


Zdobycze te pozwoliły na odbudowę sił. Zaopatrzenie w broń, żywność i inne dobra, które zdobyli na szlakach handlowych, pozwoliło im przetrwać trudny czas i przygotować się do kolejnej konfrontacji z jaszczurami Sorgax. Henarehos, jako Najeźdźca, stał się jeszcze bardziej szanowany i podziwiany przez swoich wojowników. Jego odwaga i determinacja, a także zdolność do wykorzystywania nadarzających się okazji, uczyniły go prawdziwym liderem. Vaendralczycy, pod jego wodzą, z nową siłą i nadzieją patrzyli w przyszłość, gotowi do zemsty i odzyskania utraconych ziem.

czwartek, 30 stycznia 2025

Argatoria Kampania!!!

 

Vaendrale ruszają w bój!

Gdy pierwszy w cyklu księżyc na niebie dobiegał końca, wódz lokalnego miasta Manchuela o dzielnym imieniu Henarehos podjął, ważną i brzemienną w skutkach decyzję. Postanowił, iż podejmie się przywództwa nad plemieniem Vaendrali i powiedzie ich do władzy nad krainą, która przodkowie zwali "Argatea".

 


 Dlatego też, do tej pory niewielka społeczność, posiadająca w swoim władaniu jedynie niewielkie miasto, z którego całkowite dochody inwestowane są w naukę sztuki szpiegowskiej, oraz dysponująca szlakiem handlowym, postanowiła zawierzyć decyzji Henarehosa i wyruszyć na wojną. Mając dość okalających ich pustkowi i chcąc zdobyć nowe ziemie!
Henarehos dysponując jedynie 500 smoczymi dukatami postanowił zebrać armię i wyruszyć w nieznane.
Wśród powołanych do bitwy były lokalne Kapłanki Krwi, na co dzień służące w Świątyni Krwi, najważniejszym budynku w mieście. Z tych dzielnych wojowniczek, z których każda posiada miecz i tarczę udało się wystawić dwa oddziały tych dzielnych amazonek. Prócz nich ludzie reprezentowani byli przez elitarnych i najprzedniejszych Pierworodnych, z których każdy jest od dziecka obyty z mieczem. Ponadto na wezwanie naszego wodza stawił się oddział Rozrywaczy, czyli lokalnych, i wiernych nam pół-olbrzymów, gotów złamać najsilniejsze pancerze przy pomocy swoich wielkich młotów i pałek. Ostatnim unikalnym elementem armii Vanedral byli przybyli z pustkowi Vountarowie, wielookie trolle, słynące z wyostrzonych zmysłów i brutalności. 

 

 

Przed wyruszeniem do boju, z najdzielniejszych wojowników sformowano grupę dowódczą, mającą wspierać naszego generała. Jednocześnie młody i aspirujący czempion, Conete, postanowił wyruszyć w poszukiwaniu doświadczeń, a lokalna gildia magów wysłała młodą Tragacete,a by w dziczy przetestowała swoje zdolności magiczne. Dzielna magiczka została przez swoje nauczycielki wyekwipowana w cenne przedmioty (dispel i stary pergamin) oraz przeszkolona w rzucaniu czaru zamroczenia i grozy.
Po sformowaniu armii pozostało w skarbcu 14 smoczych dukatów, które postanowiono pozostawić na poczet kolejnych wypraw.
Gdy księżyc wszedł na niebie, armia Vaendrali opuściła miasto i skierowała się na pustkowia, gdzie napotkała armię Aroxu, wśród której zdało się widzieć dwa małe oddziały Wybranych Liagulian, wielką hordę Repsolian z oddziałem maruderów. Ponadto wśród oddziałów majaczyły hełmy Złotej Straży. Dzielni Aroxianie walczyli w obronie własnych szlaków handlowych.
Pomiędzy armiami zlokalizowano 6 punktów strategicznych które należało utrzymać. 

 

 

Do zwarcia pierwsze ruszyły Krwawe Kapłanki, które wbijając się w Złotą Straż zmiotła ją z pola bitwy, lecz chwilę później same zostały pobite przez hordę Repsolian. Na prawym skrzydle Vaendrali kolejny, mały oddział amazonek zwarł się z maruderami i tak już wytrwał w zwarciu do końca bitwy. Vandralowi barbarzyńcy wbili się ponownie w hordę i uwiązali ją w walce na dwa cykle, trzymając ich z daleka od znaczników. Ich poświęcenie było warte i walnie przyczyniło się do zwycięstwa.
Na lewym skrzydle Vountarowie bili się z Liagulianami i także do końca walki ich starcie pozostało nierozstrzygnięte.
Ostatnia jednostka Vaendrali, czyli dzielni Rozrywacze, nie mieli okazji pokazać swojej siły, lecz skupiając się na pilnowaniu punktów strategicznych dali ostateczne zwycięstwo!!!
W walce bardzo przyczyniły się czary rzucane przez młodą Kapłankę, która dzięki czarowi grozy trzymała przez większość bitwy oddział Liagulian na dystansie.
Ostatecznie bitwa zakończyła się zwycięstwem, w jej wyniku splądrowano szlaki handlowe Aroxu oraz podpito okoliczne miasto, nad którym od dzisiaj powiewają dumne czarno-czerwone sztandary Vaendrali.

 


 Nasz Generał po powrocie zyskał tytuł noszony przez jego przodków, tytuł Krwawego Wodza, a w wyniku walk i dobrego dowodzenia, w następnej bitwie będzie się wyróżniał cechą Dowódcy. Po bitwie dzielni Rozrywacze uzyskali cechę szczęściarzy, która w następnej bitwie pozwoli im na jednorazową obronę przed ciosami wrogów.

 

 Dzielni Vaendrale spoglądają w przyszłość z nadzieją, czekając jednocześnie z niepokojem jakie armie kryją się za horyzontem i z kim będą musieli się zmierzyć w walce.