Pokazywanie postów oznaczonych etykietą QUAR. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą QUAR. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 kwietnia 2026

Kampania w świecie Quarów (VII)


 Zdobyć i Utrzymać oraz Magazyny Amunicji

Lampa naftowa syczała cicho, rzucając drżące cienie na brezentowe ściany namiotu. Vrynn siedział przy zbitym z desek stole, wpatrując się w czystą kartę papieru. Pióro w jego dłoni wydawało się cięższe niż karabin po całodniowym marszu.

Znowu to samo. Kolejny raport, kolejny list, który rozedrze czyjeś serce w Solvik.

Tym razem na szczęście był tylko jeden. Tylko jedno nazwisko do dopisania na liście strat, tylko jeden zestaw rzeczy osobistych do spakowania do lnianego worka. Jednak dla Vrynna ten jeden list ważył tyle samo, co te cztery, które musiał skreślić po ostatniej jatce na drodze przez bagna.




 

Wspomnienie tamtej bitwy przeciwko siłom Coftyru wciąż piekło go pod powiekami. Pamiętał błoto mieszające się z krwią, ryk silników i desperacką próbę przejęcia traktu, która zamieniła się w rzeźnię. Pamiętał twarze czterech chłopaków, których zostawił tam, w czarnym bagnie, i tę przeklętą ciszę, która nastała po ich śmierci. Wtedy też zginął wysłannik z Dowództwa Krucjaty – oficer, który miał koordynować ich działania, a skończył z dziurą w piersi, zanim zdążył rozpiąć kaburę.

Vrynn splunął na ziemię i spojrzał w stronę wyjścia z namiotu.

Najgorsza była jednak buta tych trzech, którzy przybyli jako wsparcie. Gryz, Zapał i Głaz. Specjaliści z Krucjaty, "elita" w poobijanych pancerzach, która teraz siedziała przy osobnym ognisku. Odmawiali walki ramię w ramię z milicjantami z Tollyn Maeryn.

— Mamy jasne wytyczne z góry, Auld Bucku— wycedził wcześniej Gryz Pwyn, nawet nie odrywając wzroku od ogniska. — Nasze rozkazy mówią o wsparciu strategicznym, a nie o łataniu dziur w waszej amatorskiej linii obrony. Nie zamierzamy ginąć tylko dlatego, że jakiś milicjant nie potrafi utrzymać szyku.

"Niech ich szlag trafi", pomyślał Vrynn, zaciskając dłoń na piórze tak mocno, że stalówka lekko zazgrzytała o papier. Jak mieli utrzymać te bagna, skoro ci, którzy mieli ich wzmocnić, traktowali ich jak zbędny balast? Jak miał pisać listy o bohaterstwie, skoro w jego własnym obozie rósł mur wybudowany z pogardy i sztywnych regulaminów?

Za namiotem usłyszał stłumione przekleństwo Oldyra i rytmiczne, metaliczne stukanie – to zapewne Elara „Szpila” Vane czyściła karabin, ignorując obecność dumnych szturmowców. Vrynn zanurzył pióro w kałamarzu. Musiał zacząć pisać.

„Z głębokim żalem zawiadamiam, że podczas pełnienia służby...”

Słowa kłamały. Żal nie był głęboki. Żal był dławiący, a gniew na specjalistów z Krucjaty palił go od środka mocniej niż podła lura, którą Brenna nazywała kawą.

 
 Vrynn na chwilę zawiesił pióro nad papierem. Wspomnienie bitwy o magazyny było jedynym jasnym punktem w tym bagnistym koszmarze. Gdyby nie załoga „Żelaznej Grzechotki”, pewnie nie byłoby komu pisać tych raportów.

Faelvor Armored Wagon, ochrzczony przez milicjantów tą dumną nazwą ze względu na terkot silnika i dzwonienie rykoszetów o pancerz, wjechał wtedy prosto w ogień sił Coftyru. Morys „Zgrzyt” Krell i Padrig „Błysk” Lunn wykazali się brawurą, której próżno było szukać u sztywnych specjalistów z Krucjaty. Podczas gdy inni liczyli naboje i sprawdzali paragrafy w regulaminie, „Grzechotka” taranowała barykady i osłaniała milicję własną stalową piersią.

Wtedy, pod magazynami, nie było podziału na „elitę” i „amatorów”. Był tylko dym, smród i huk 54 mm działka Morysa, które ostrzeliwało Coftyran.

Vrynn westchnął ciężko i w końcu przyłożył pióro do kartki.

Piszę te słowa w cieniu Faelvora, który jako jedyny nie zawiódł, gdy przyszło do walki o magazyny...

Zaczął pisać, choć wiedział, że te słowa nigdy nie trafią do oficjalnego raportu dla Dowództwa Krucjaty. Tamci nie chcieli słuchać o lojalności załogantów samochodu pancernego ani o tym, że milicja z Tollyn Maeryn została wystawiona na rzeź.

  
Vrynn poczuł, jak pióro drży mu w dłoni na samo wspomnienie ostatniej bitwy tamtego dźwięku. To nie był zwykły wystrzał. To był skowyt rozrywanego powietrza, który zwiastował nadejście stalowego potwora Coftyru.

Podczas gdy „Żelazna Grzechotka” była zwinna i bitna, przeciwnik wystawił coś, co przypominało ruchomą fortecę. Ich czołg dominował nad traktem, a jego działo – potężne, o kalibrze, który sprawiał, że Faelvor wyglądał przy nim jak dziecięca zabawka – pluło ogniem z bezlitosną regularnością.

Vrynn pamiętał tamten moment z przerażającą dokładnością. Skulili się za starym, kamiennym murkiem przy skraju drogi. Wydawało się, że to solidna osłona, relikt dawnych czasów, który przetrwa wszystko. Ale kiedy działo Coftyru przemówiło, murek ledwo wytrzymał impet uderzenia. Kamienie, które stały tam od pokoleń, w ułamku sekundy zamieniły się w śmiercionośne odłamki i pył.

Siła eksplozji rzuciła Vrynnem o ziemię, ale to, co zobaczył po podniesieniu głowy, nawiedzało go w snach do dziś. Trzech ryflerów stojących najbliżej wyrwy oberwało bezpośrednio. Pył jeszcze nie opadł, gdy usłyszał ten charakterystyczny, zdławiony jęk.

Wśród nich był Arlo Vane.



 Chłopak, który zawsze pisał listy do matki. Chłopak, którego Oldyr próbował chronić jak własnego syna. Arlo leżał w pyle, a jego mundur milicjanta był nasiąknięty ciemną krwią szybciej, niż ktokolwiek zdołał krzyknąć o pomoc. To wtedy Vrynn zrozumiał, że w starciu z taką potęgą ich determinacja to za mało. Ran Arlo nie dało się opatrzyć – działo Coftyru nie zostawiało szans na ratunek. Chłopak zmarł tam, w cieniu pękającego muru, stając się nazwiskiem na liście, którą Vrynn musi wysłać do Solvik.

Vrynn spojrzał teraz na czystą kartkę papieru przed sobą. Dzisiaj musiał napisać tylko o jednym żołnierzu, ale śmierć Arlo pod magazynami sprawiła, że każdy kolejny list wydawał się zdradą.

Wtedy z zewnątrz dobiegł go głos Morysa „Zgrzyta”: — Hej, Yawdrylu! — Pancerniak łomotał w pancerz „Grzechotki”. — Słyszałem te wasze gadki z „elitą” z Krucjaty. Niech sobie siedzą w swoich lśniących pancerzach. Jeśli ten potwór Coftyru znów wypełznie z błota, Padrig ustawi nas tak, że działo nie będzie miało czystego kąta. My nie uciekniemy, Vrynn. Nie tak jak ci specjaliści, co tylko patrzą w papierki.

Vrynn zacisnął zęby. Śmierć Arlo Vane’a była ceną za brak ciężkiego wsparcia pod magazynami. Teraz miał wsparcie – trzech szturmowców, którzy byli najlepsi w swoim fachu, a jednak ich duma była większym murem niż ten, za którym zginął Arlo.

— Elara! — krzyknął Vrynn, wychylając się z namiotu. — Sprawdź jeszcze raz zapasy granatów przeciwpancernych. Jeśli znowu zobaczymy to działo, nie będę czekał na zgodę Dowództwa Krucjaty, żeby ich wysadzić.

Elara „Szpila” Vane, siostra poległego Arlo, zatrzymała się i powoli skinęła głową. W jej oczach nie było strachu, tylko zimna, milicjancka nienawiść do wszystkiego, co nosiło barwy Coftyru.

 



Vrynn na moment przymknął oczy, a pióro znieruchomiało nad raportem. To było jedno z tych wspomnień, które nie pasowały do czarno-białych opowieści o wojnie. Obraz Coftyrian jako bezlitosnych rzeźników pękł tamtego dnia.

Milwer Jukk walcząc w środku pola, obok grzechotki oberwał. Nie dało się go odciągnąć; ogień zaporowy był tak gęsty, że każda próba uniesienia noszy kończyła się serią w błoto. Vrynn pamiętał beznadzieję w oczach Keffa, który patrzył, jak jego Milwer powoli gaśnie na ziemi niczyjej.

I wtedy stało się coś niewyobrażalnego.

Ogień ustał. Nie dlatego, że skończyła się amunicja, ale dlatego, że coftyriański dowódca — człowiek, którego nazwiska Vrynn nigdy nie poznał — uniósł dłoń. Z ich linii, zamiast kolejnej salwy, wyszło dwóch medyków. Bez broni, w tych ich dziwnych, sztywnych płaszczach.

Cena za życie Jukka była wysoka i dotkliwie ironiczna. Ćmowe ciastka. Nasz najcenniejszy zapas, przysłany z Solvik, by wzmocnić siły i morale wycieńczonych milicjantów. Te małe, nasycone esencją wypieki potrafiły postawić na nogi Quara, który nie spał od trzech dób. Były warte więcej niż złoto, zwłaszcza gdy przed Tobą jeszcze mile bagnistych walk.

Vrynn musiał podjąć decyzję w ułamku sekundy. Spojrzał na dymiące działo wroga, potem na trzęsącego się Jukka, a na końcu na skrzynie z zapasami.

— Oddajcie im to — wycharczał wtedy.

Brenna płakała, wydając Coftyrianom ostatnie puszki i zawiniątka. Milicjanci patrzyli z głodem i niedowierzaniem, jak ich jedyna szansa na regenerację odjeżdża w rękach wroga. Morale sypało się na ich oczach, ale Jukk... Jukk przeżył. Coftyriańscy medycy, z tą swoją chłodną, profesjonalną precyzją, ustabilizowali go na miejscu i pozwolili nam go zabrać.

Vrynn spojrzał teraz przez połę namiotu na siedzącego przy ognisku Jukka. Chłopak był blady, miał głębokie blizny na szyi i świszczący oddech, ale nadal był z nimi.

— Warto było — mruknął Vrynn do siebie, choć wiedział, że specjaliści z Krucjaty, gdyby o tym usłyszeli, nazwaliby go zdrajcą albo szaleńcem. Dla nich ćmowe ciastka to był zasób strategiczny, a milicjant był tylko cyfrą.

Poczuł nagły przypływ dumy z tego, że dowodzi milicją z Tollyn Maeryn. Może i nie mieli pancerzy z Krucjaty, może i musieli przekupywać wroga słodyczami, by ratować swoich, ale w tym oddziale nikt nie był zostawiany na zmarnowanie.

Vrynn poczuł nagły przypływ adrenaliny, który na moment stłumił ból w kikucie. To było to. To była ta chwila, która uratowała ich pod magazynami i zmazała gorycz oddanych ciastek.

Yawdryl Peli Glynn ze swoimi dwoma ryflerami, przemykający jak duchy przez lewą flankę, wykorzystując każdy cal bagiennej mgły. W tym samym czasie on sam, na prawej flance, brodził po pas w lodowatej wodzie, modląc się, by szczęk oporządzenia nie zdradził ich pozycji.

To był klasyczny kleszczowy manewr, wykonany przez milicję, o której specjaliści z Krucjaty mówili, że potrafi tylko uciekać. Kiedy Peli dał sygnał – ten swój krótki, świdrujący gwizdek – uderzyli jednocześnie. Weszli na tyły wroga z furią, której Coftyrianie się nie spodziewali. Zajęcie magazynów z amunicją było gwoździem do trumny przeciwnika. Bez pocisków do swojego potężnego działa, stalowy potwór stał się tylko bezużytecznym klocem żelaza, a ich dowódca musiał uznać wyższość "amatorów" z Tollyn Maeryn.

Vrynn otworzył oczy. Spojrzał na kartkę. Czas przestać uciekać w sny o przeszłości. Trzeba to było zapisać, czarno na białym, dla historii i dla dowództwa, które tak bardzo ich nie doceniało.

Mocno chwycił pióro. Już nie drżało.

 



 


poniedziałek, 26 stycznia 2026

Kampania w Świecie Quarów (V)

 Patrol w głąb Nefyn

Ruszyli w głąb wyspy, wsysani przez gęstniejący mrok. Na przedzie, niemal zlany z ciemnością, poruszał się młody Pips. Jego sokoli wzrok przeczesywał każde zarośla, wyłapując najdrobniejsze drgnienie liści. Tuż za nim, niczym cień, przemykał Keff – w tym podmokłym, zdradliwym terenie czuł się lepiej i pewniej niż na równym placu apelowym.

Guff szedł krok w krok za Pipsem, trzymając swój ciężki karabin z niemal dziecięcą swobodą, jakby była to tylko zabawka, a nie narzędzie mordu. Był gotów w każdej chwili zasłonić przyjaciela własnym, potężnym ciałem. Obok niego dreptał Bram, trzymając się blisko kowala i co chwilę nerwowo nasłuchując złowrogich odgłosów nocy.

Yawdryl Krol obserwował ich sylwetki w milczeniu. Mimowolnie jego dłoń powędrowała do wewnętrznej kieszeni munduru, gdzie spoczywała jeszcze ciepła, szklana płyta owinięta w szmatkę.

Zaledwie kilka godzin wcześniej, w blasku magnezji, stali razem przed sztabem. Pips uśmiechał się zawadiacko, Keff próbował zachować powagę, a Guff niemal zgniótł Brama w braterskim uścisku. Krol pamiętał ten moment – byli na tym zdjęciu tacy dumni, tacy... nienaruszeni. Obiecał sobie, że po powrocie wywoła tyle odbitek, by każdy z nich mógł wysłać jedną do nory.

Nagły chłód Nefyn wyrwał go z zamyślenia. Patrol wyszedł właśnie na krawędź niewielkiego, zaniedbanego sadu. Między rzędami dzikich, powykręcanych drzew owocowych majaczyła sylwetka małego domu z kamienia, otoczonego niskim murkiem. To była typowa zabudowa wyspy – solidna, surowa i przerażająco łatwa do obrony.

– Spójrzcie na ten murek – szepnął Pips, mrużąc oczy i gwałtownie zastygając w bezruchu. – Ktoś tam leży. Widzę lufę rhyfla wystającą zza kamieni...

Krol poczuł, jak pamiątkowe zdjęcie w kieszeni ciąży mu nagle bardziej niż pistolet u boku. Historia, którą chciał napisać tym patrolem, właśnie zaczęła wymykać mu się z rąk.



 

Krol dał krótki, ledwo dostrzegalny znak ręką. Oddział, dotąd zwarty, rozpadł się na dwie sprawne grupy, które niczym cienie zaczęły krążyć wokół kamiennego domu.

Na lewo: Yawdryl Krol ruszył przodem, prowadząc za sobą Motsa i Guffa. Stąpali ostrożnie, starając się, by wełniane płaszcze nie zahaczały o suche gałęzie dzikich jabłoni. Guff nie spuszczał wzroku z lufy wystającej zza murka, a jego własny palec spoczywał na języku spustowym. Wiedział, że jeśli tamten odda strzał, on musi być szybszy.

Na prawo: Milwer Jukk, stary wyga z blizną przecinającą pysk, przejął dowodzenie nad drugą grupą. Bram, trzęsąc się z emocji, niemal deptał mu po piętach, podczas gdy Pips osłaniał ich tyły, gotów w każdej chwili rzucić się do szarży. Jukk prowadził ich szerokim łukiem, chcąc zajść strzelca od strony starej studni.

Wsparcie: Z tyłu, w głębokim cieniu, zostali grenadierzy i Brenna. Ich zadanie było najtrudniejsze – trwać w bezruchu i czekać na sygnał. Brenna, zaciskając dłonie na karabinie, czuła każde uderzenie serca. Grenadierzy przygotowali swoje prymitywne, żeliwne "tłuczki", sprawdzając zapalniki. Byli ubezpieczeniem na wypadek, gdyby z wnętrza domu wyłoniło się coś gorszego niż jeden karabinier.

– Na mój znak... – przemknęło przez myśl Krolowi, gdy poczuł, że oba skrzydła są już na pozycjach.

Ciszę Nefyn przeciął nagły, suchy trzask łamanej gałęzi pod ciężką stopą Guffa. Postać za murkiem drgnęła. Lufa rhyfla zaczęła się powoli obracać w stronę grupy Krola.

 


Kiedy oczy Pipsa i Jukka przyzwyczaiły się do migotliwego światła nocy, dostrzegli więcej szczegółów. To nie był tylko jeden strzelec. Zza murku i z głębi sadu wyłaniały się kolejne sylwetki w charakterystycznych, nieco wyższych nakryciach głowy.

Gwynt – wycedził przez zęby Jukk, poprawiając chwyt na broni. – Królewskie cwaniaki. Zawsze tam, gdzie nie powinno ich być.

Żołnierze Gwyntu poruszali się z irytującą precyzją. Nie panikowali, nie szeptali. Wykorzystywali cienie drzew tak umiejętnie, że gdyby nie sokoli wzrok Pipsa, oddział Krola mógłby wpaść prosto w ich sidła. Królewscy znali teren Nefyn równie dobrze jak oni, a ich mundury, choć przybrudzone błotem, wciąż nosiły znamiona dyscypliny, której brakowało wielu frakcjom "Długiej Wojny".

Krol poczuł dreszcz. Wiedział, że jeśli za murkiem są ludzie Gwyntu, to dom nie jest tylko przypadkowym schronieniem – to prawdopodobnie punkt kontaktowy lub wysunięta placówka ich wywiadu.

– Brenna, grenadierzy, gotowość... – Krol nadał sygnał dłonią, który przeszedł wzdłuż linii niczym prąd.

Jukk po prawej stronie uniósł rhyfla do ramienia. Widział, jak jeden z żołnierzy Gwyntu wyciąga coś z torby – prawdopodobnie flarę, by wezwać posiłki lub oświetlić sad. Jeśli Gwynt wystrzeli pierwszy, przewaga zaskoczenia zniknie w ułamku sekundy.

 

 

To nie była flara, to był granat. Grenadierzy Gwyntu używali specjalnie dociążonych ładunków o zwiększonej sile rażenia, idealnych do "czyszczenia" sadów i ciasnych pomieszczeń. Jeden precyzyjny rzut wystarczył.

Huk uderzył w nich jak fizyczna ściana. Fala uderzeniowa przeszła przez grupę Krola, rzucając Motsa i Guffa na ziemię. Yawdryl poczuł, jak grunt usuwa mu się spod nóg, a w uszach zakwitł wysoki, piskliwy ton, który zagłuszył wszystko inne. Świat zawirował i pociemniał.

Gdy pył zaczął opadać, na placu boju pozostał tylko jeden Quar, który wciąż utrzymywał się na kolanach. Mots.

Biedny Mots, który zazwyczaj trzymał się na samym końcu, teraz klęczał na mokrej ziemi, trzymając się za głowę. Jego pyszcz był umazany błotem, a oczy – wielkie i przerażone – próbowały wyostrzyć obraz. Wokół niego, w nienaturalnych pozach, leżeli jego towarzysze. Nie ruszali się. Obraz z pamiątkowego zdjęcia, które Krol miał w kieszeni, właśnie zaczął krwawić w rzeczywistości.

Mots widział przez mgłę, jak grenadier Gwyntu – potężna sylwetka w ciężkim pancerzu napierśnym i hełmie z szerokim rondem – powoli wychodzi zza murka. Królewski elitarny żołnierz niespiesznie wyciągał z pochwy krótki, ząbkowany kordelas, sprawdzając, czy ktoś jeszcze stawia opór.

Mots spojrzał na swój karabin leżący metr dalej. Jego dłonie drżały tak mocno, że ledwo czuł palce.

 


Gdy grenadier Gwyntu napawał się widokiem powalonego oddziału Krola, ciszę po wybuchu rozdarł charakterystyczny, suchy terkot lekkiego karabinu maszynowego. To grupa Jukka weszła do akcji z morderczą precyzją.

Strumień ołowiu przeszył stóg siana, rzucając trzech żołnierzy Gwyntu na ziemię, zanim zdążyli w ogóle unieść broń. Pips stojący za Jukkiem dołożył swoją "poprawkę". Jego rhyfel szczeknął – strzał znalazł cel, zmuszając pozostałych przy życiu przeciwników do panicznej ucieczki.

Ocalali Gwyntowcy, oszołomieni siłą ognia i nagłą stratą kolegów, rzucili się w stronę starego, skrzypiącego wiatraka, który górował nad polami. Skryli się za jego grubą, kamienną podstawą, próbując złapać oddech i przeładować broń.

 


Krol, mimo oszołomienia, nie zamierzał poddać się bez walki. Widząc grenadiera zbliżającego się do Motsa, Yawdryl zebrał w sobie ostatki sił by przyjąć szarżę wroga.

Przez moment wydawało się, że jego determinacja przeważy. Jednak elita Gwyntu nie bez powodu nosiła swoje insygnia. Grenadier wykonał krótki, precyzyjny unik i wyprowadził kontratak. Yawdryl Krol upadł na kolana, a potem twarzą w błoto Nefyn. Pamiątkowe zdjęcie, skryte w jego kieszeni, przycisnął ciężarem własnego ciała. Dowódca nie żył.

Mots, widząc upadek swojego Yawdryla, próbował krzyczeć, ale kolejny wystrzał ugodził go w ramię. Padł obok reszty. Sad wypełniły jęki rannych i ciężkie oddechy zwycięzców. Guff, Keff,... wszyscy leżeli bezwładnie pod chałupom.

 

 

Pod osłoną dymu, żołnierze Gwyntu ruszyli między pola zbóż niczym żniwiarze. Ich ciężkie buty dudniły o twardą ziemię Nefyn, a bagnety lśniły złowrogo w nikłym świetle księżyca. Nie było wezwań do poddania się, nie było litości.

Bram, który jeszcze przed chwilą trząsł się z nerwów, nie zdążył nawet otworzyć oczu. Królewski żołnierz, bez słowa, zakończył jego strach krótkim pchnięciem. Tuż obok leżał potężny Guff. Kowal, który był ostoją oddziału, próbował jeszcze unieść ramię, osłonić kolegę, ale dwóch Gwyntowców dopadło go jednocześnie. Wielki Quar, który na zdjęciu wyglądał na niezniszczalnego, znieruchomiał na zawsze w błocie sadu.

Mots, leżący zaledwie kilka kroków dalej, widział to wszystko przez mgłę łez i bólu. Widział, jak jego przyjaciele, z którymi jeszcze rano dzielił racje żywnościowe, stają się tylko bezwładnymi kształtami pod drzewami.

 

 

Jukk nie pozwolił oddziałowi na chwilę słabości. Krótkimi, ostrymi rozkazami sformował linię. Podczas gdy Olo trzymał Gwyntowców za wiatrakiem pod ciągłym ogniem, Pips wykazał się niesamowitą zimną krwią. Wykorzystując dym i zamieszanie, dopadł do jednego z rannych żołnierzy Gwyntu, który leżał blisko murku. Zamiast bagnetu, użył siły – chwycił go za oporządzenie i odciągnął w mrok, na tyły.

– Mamy język! – syknął Pips, przekazując rannego wroga grenadierom. To był kluczowy ruch. Jeniec z elitarnego oddziału wiedział wszystko o rozmieszczeniu sił w tym sektorze Nefyn.

Oddział Jukka, zamiast wikłać się w wyniszczającą walkę o dom, zaczął „przesiąkać” przez pola. Poruszali się nisko przy ziemi, wykorzystując każde zagłębienie terenu i każdy cień rzucany przez wiatrak. Infiltracja trwała.

 


Noc nad Nefyn stała się gęsta i duszna. Jukk, wraz z czterema ocalałymi rhyflerami, zajął pozycje głęboko na tyłach wroga. Byli jak duchy – brudni, wyczerpani, ale wykonali zadanie. Infiltracja się powiodła. Jednak radość z sukcesu dławił brak jednego z nich. Motsa.

Kiedy patrol Gwyntu odnalazł rannego Motsa w sadzie, Jukk nie wydał rozkazu do ataku. Wiedział, że kolejna strzelanina skończy się masakrą. Zamiast tego, Milwer zrobił coś, co wymagało więcej odwagi niż szarża – wyszedł z podniesionymi łapami, trzymając w jednej ręce białą szmatę, a w drugiej ciężki, wiklinowy kosz.

Spotkanie na ziemi niczyjej było krótkie i napięte. Królewscy z Gwyntu wciąż trzymali palce na spustach, ale zapach świeżych ćmowych ciastek i aromat wysokoprocentowego destylatu, który Jukk pędził potajemnie w swojej jednostce, zdziałały cuda. W świecie, gdzie racje żywnościowe smakują jak trociny, taka oferta była warta więcej niż honor korony.

Po krótkiej, szeptanej wymianie zdań, żołnierze Gwyntu wypchnęli oszołomionego Motsa w stronę Jukka. Ranny Quar ledwo trzymał się na nogach, ale żył. Nienawiść, choć wciąż tliła się w oczach Jukka na myśl o Krolu, Bramie i Guffie, została stłumiona. W tym momencie liczył się tylko powrót do domu.

 


 

 

 

 

 

 

 

 

Kampania w Świecie Quarów (IV)



DOKUMENTACJA OPERACYJNA: RAPORT POPOŁUDNIOWY

DO: Syl-Caenerol Labyl Pren

OD: Sub-Caenerol Vrynn (Dowódca Sekcji)

DATA: 25 Pryfaen 1782

MIEJSCE: Sektor X, Wyspa Nefyn



1. CEL I REALIZACJA 

Melduję, że 24 ww. miesiąca oddział pod dowództwem Yawdryla Krola i Milwera Jukka podjął próbę infiltracji terenu zajętego przez siły Królestwa Gwyntu. Mimo napotkania elitarnych sekcji przeciwnika i stoczenia krwawej walki, cel strategiczny został osiągnięty. Pięciu żołnierzy przeniknęło na tyły wroga, zabezpieczając wyznaczony sektor.

2. PRZEBIEG STARCIA I STRATY

W trakcie podejścia pod zabudowania kamienne (stary sad), oddział został zaatakowany przez grenadierów Gwyntu. Walka miała charakter bezwzględny. Z przykrością informuję o śmierci kluczowych członków oddziału:

  • Yawdryl Krol – poległ w ataku bezpośrednim.

  • Rhyfler Guff – poległ na polu walki.

  • Rhyfler Bram – poległ na polu walki.

  • Rhyfler Tolly – poległ na polu walki.

Żołnierze Gwyntu wykazali się brakiem honoru, dobijając rannych i nieprzytomnych żołnierzy na miejscu starcia.

3. STATUS PERSONELU I WYMIANA 

Rhyfler Mots dostał się do niewoli. Ze względu na jego wartość dla oddziału oraz stan zdrowia, podjąłem decyzję o przeprowadzeniu doraźnej wymiany na linii frontu. Odzyskano Motsa w zamian za zapasy ćmowych ciastek oraz racje mocniejszego alkoholu. Choć nienawiść do oprawców Krola i reszty jest silna, priorytetem było ratowanie życia towarzysza.

4. STRATY PRZECIWNIKA I JENIEC

 Siły Gwyntu straciły łącznie pięciu żołnierzy:

  • Trzech poległo w bezpośredniej wymianie ognia.

  • Jeden zmarł z powodu odniesionych ran (wykrwawienie).

  • Jeden żołnierz elity Gwyntu znajduje się w naszej niewoli.

5. DYSPOZYCJA JEŃCA

Z uwagi na to, że strona przeciwna nie wyraziła chęci wykupu swojego żołnierza, jeniec zostaje pod eskortą odesłany do Głównego Dowództwa celem przesłuchania. Posiada on wiedzę na temat rozmieszczenia dział Gwyntu w tym sektorze Nefyn.

6. WNIOSKI DOWÓDCY POLOWEGO

Zadanie infiltracji zostało wykonane – pięciu żołnierzy przeniknęło na połowę przeciwnika, zabezpieczając kluczowe dane terenowe. Jednakże brutalność sił Gwyntu (dobijanie rannych) wskazuje na eskalację konfliktu w tym regionie.

Podpisano: Sub-Caenerol Vrynn (Dowódca oddziału)


Dodatek do raportu: Do dokumentacji załączono pękniętą szklaną płytę fotograficzną odnalezioną przy ciele Yawdryla Krola jako mienie osobiste poległych.


 
 
 
 
 
 


 

niedziela, 4 stycznia 2026

Kampania w Świecie Quarów (III)

Wspomnienie z Gloam Hynn (1780 r.)

Podczas gdy chłopaki Vrynna byli na patrolu, a reszta plutonu rozbijała obóz, przed oczami dowódcy wracały obrazy z tragicznego patrolu Tollyn Maeryn, wysłanego jeszcze w 1780 roku na bagniste tereny Gloam Hynn. Dowodził nim wtedy Yawdryl Arwyn Vane.


    „Zostaliśmy wysłani w głąb leśnych i bagnistych ostępów. Nieopodal osady drwali i stolarzy wpadliśmy na ślad wroga. Szybko zrozumieliśmy, że to nie my ich tropimy, lecz oni czekają na nas – bagniska najeżone były pułapkami. Na początku mieliśmy szczęście: większość to zwykłe dzwonki na sznurkach, ale nasza Dyna Lowra Belth weszła prosto na groźniejszą minę. Tylko dzięki temu, że pchała przed sobą ciężki wózek, który przyjął na siebie siłę wybuchu, uszła z życiem.


    Próbowałem przejąć inicjatywę. Razem z grenadierem podeszliśmy bliżej, by sprawdzić w walce granaty nasadkowe. Okazały się skuteczne, więc zostawiłem go na pozycji i ruszyłem wesprzeć Milwera Ffynnegana, który przygwożdżony ogniem nie mógł unieść głowy. 

 

W tym samym czasie na prawej flance nasz Lone Buck Kallwyq wykazał się niesamowitą odwagą – wyszedł niespodziewanie na przeciwnika i jednym celnym strzałem powalił wroga. Niestety, zaraz potem sam oberwał. Widziałem go tylko przez moment – siedział oszołomiony za skrzyniami, próbując dojść do siebie. 

 

W odwecie Milwer Ffynnegan rozgrzał lufę swojego LMG i dosłownie 'wymiótł' obsługę wrogiego karabinu maszynowego.

    Na prawej flance nie było już tak dobrze. Weteran próbował oskrzydlić przeciwnika z dwoma ryflerami, ale jeden z żółtodziobów wychylił się o sekundę za długo. Traper wroga tylko na to czekał – postrzał, a potem szybka niewola.   


Weteran nie odstępował już drugiego strzelca na krok. Przeskoczyli żywopłot, dopadli do płotu i zaczęli wymianę ognia z lokalnymi 'bagniakami'. Ci zasypali ich granatami. Pierwsze rzuty były niecelne lub wadliwe, ale w końcu jeden wybuchł dokładnie tam, gdzie stał nasz drugi żółtodziób. Chłopak zmarł na oczach Weterana, który pod naporem przeważających sił musiał się wycofać, nie mając nawet szansy na pomstę.

 


    Na moim odcinku Milwer Ffynnegan, po uciszeniu wrogiego KM-u, chciał zmienić pozycję. Zabrał ze sobą młodego grenadiera, by przebiec na drugą stronę traktu. To był błąd. Obaj dostali się pod ogień snajpera. Milwer Ffynnegan, twardy chłop, dociągnął do końca bitwy, ale zmarł później w szpitalu polowym. Grenadier miał więcej szczęścia – wylizał się z ran.

 

    Ja w tym czasie zdjąłem ostatniego z obsługi wrogiego KM-u i zdołałem ocucić Lone Bucka. Chcieliśmy podejść jeszcze bliżej, ale wtedy Buck dostał kolejny postrzał. Rany okazały się śmiertelne... zmarł mi na rękach tuż po walce. Najdziwniej zachowała się Dyna – w ferworze walki, kierowana chyba jakimś obłędem lub nadmierną litością, dwukrotnie cuciła rannego wroga. Ten, zamiast podziękować, od razu rzucał się na mnie z bagnetem. Krótka seria z mojego SMG dwa razy posłała go z powrotem do błota.


    Celu nie osiągnęliśmy. Bagniaki zajęły punkty strategiczne, a wywiad doniósł później, że jakimś cudem wszyscy ranni wrogowie przeżyli. My zostaliśmy z pustymi rękami i grobami kolegów”. 


 Gwałtowny łoskot przewracanych skrzyń i pisk przerażonego ptactwa wyrwał Vrynna z odrętwienia. Przez chwilę nie wiedział, gdzie jest. Serce biło mu nierówno, a w resztki ramienia uderzył znajomy, rwiący ból.

Odrzucił połę namiotu i wyszedł na zewnątrz. Wieczorne powietrze było ostre i wilgotne. W obozie panował nienaturalny porządek, który tylko potęgował niepokój. Żołnierze zastygli w pół kroku, nasłuchując odgłosów dobiegających z mroku kniei.

Vrynn dostrzegł znajomą, przygarbioną sylwetkę. Podszedł do Oldyra, czując, jak każdy krok waży tonę. Gdy tylko znalazł się obok, poczuł na ramieniu ciężką dłoń weterana. Vrynn od razu zapytał, czy chłopaki wrócili, ale w odpowiedzi Oldyr tylko milczał.

Vrynn wpatrywał się w ciemną linię drzew, a w jego głowie huczało od domysłów. Co się tam dzieje? Czy spotkali wroga? A jeśli tak, to kogo – zwykłych maruderów czy regularną armię? Czy zdołają się przebić, czy może ten patrol skończy się taką samą krwawą łaźnią jak tamten Arwyna w 1780 roku?

Tak dużo pytań, tak mało odpowiedzi. Jedynym pewnym punktem w tym mroku była dłoń Oldyra, która zacisnęła się mocniej na jego ramieniu, jakby stary żołnierz sam próbował znaleźć w tym geście oparcie.






czwartek, 1 stycznia 2026

Kampania w Świecie Quarów (II)

 Misja pierwsza - przygotowania

 

Deszcz uderzał o metalowy pokład barki desantowej z głuchym, monotonnym dudnieniem, mieszając się z rykiem silników parowych. Rzeka Erdwyn była tej nocy niespokojna, jej czarne wody pieniły się przy burtach, niosąc ze sobą zapach błota i spalonego węgla. W półmroku ładowni, oświetlonym jedynie przez drgające płomienie lamp naftowych, pluton Vrynna przygotowywał się do swojej pierwszej wspólnej operacji na wyspie Nefyn.

Ostatnie przygotowania

Atmosfera była gęsta od napięcia i odoru mokrej wełny płaszczy.

  • Perrin siedział na podłodze, mocno ściskając między kolanami swój wiklinowy kosz. Wyczuwał niepokój swoich podopiecznych – Nitka i Węzeł kręciły się w środku, drapiąc pazurkami o ściany, podczas gdy Iskra próbowała podgryzać rzemień jego hełmu. Perrin uspokajał je cichym mruczeniem, co chwilę sprawdzając, czy bębny z kablem są szczelnie owinięte woskowanym płótnem.

  • Brenna, z przewieszonymi przez ramię torbami pełnymi opatrunków i sucharów, krążyła między „kitami”, sprawdzając, czy mają zapięte kołnierze. Wcisnęła każdemu do łapy po kawałku twardego piernika. „To na energię, jak już wysiądziecie w tym błocie” – burczała, choć jej oczy zdradzały matczyną troskę.

  • Oldyr siedział w najciemniejszym kącie, niemal całkowicie nieruchomy. Jego długa strzelba spoczywała na kolanach, owinięta w szmaty maskujące. Stary weteran nie jadł piernika. Patrzył tylko w ciemność za burtą, jego proteza skrzypiała cicho przy każdym uderzeniu barki o falę. On wiedział, jak smakuje Nefyn – i nie był to słodki smak.

Rozkaz Vrynna

W końcu Sub-Caenerol Vrynn wystąpił na środek. Światło lampy wyostrzyło jego zmęczoną twarz i pusty rękaw munduru, który wiatr szarpał we wszystkie strony. W jedynej dłoni trzymał pognieciony arkusz papieru z oficjalną pieczęcią Sztabu 7. Dywizji.

Uderzył dłonią w metalową ścianę, by uciszyć pomruki silnika, i zaczął czytać chrapliwym głosem:

„Z rozkazu Dowództwa Maer Braech: Pluton Vrynna ma przeprowadzić skryty desant na południowym cyplu wyspy Nefyn. Cel: odnaleźć i zneutralizować baterie ciężkiej artylerii Rojalistów, które paraliżują przeprawę naszych głównych sił przez rzekę. Macie być duchem, który uderza w serce ich stali. Jeśli działa nie umilkną przed świtem, flota zostanie rozniesiona w pył.”

Vrynn zwinął papier i spojrzał na swoich ludzi. – Słyszeliście? Rojaliści myślą, że Nefyn to ich forteca. My pokażemy im, że to ich pułapka. Perrin, potrzebuję linii do sztabu zaraz po tym, jak zabezpieczymy przyczółek. Oldyr, ty idziesz pierwszy, znajdź te działa. Brenna... trzymaj chłopaków w kupie.

Gdy barka uderzyła o piaszczysty brzeg wyspy, a rampa opadła z ciężkim hukiem, w twarze Quarów uderzył zimny wiatr Nefyn. Pierwsza misja kampanii właśnie się zaczynała.


Rampa barki opadła z ciężkim chrobotem, wrzynając się w mulisty brzeg wyspy Nefyn. Chłodne, nocne powietrze natychmiast wypełniło ładownię, niosąc zapach wodorostów i mokrej ziemi. Sub-Caenerol Vrynn nie tracił czasu. Jednym ruchem sprawnej ręki wskazał na niewielkie wzniesienie osłonięte rzadkimi zaroślami.

– Grendel! – krzyknął Vrynn do starego dowódcy grenadierów. – Rozbijcie tu obóz. Okopcie działo, rozstawcie warty i niech Perrin spróbuje przeciągnąć pierwszy kabel do brzegu. Jeśli coś pójdzie nie tak, macie być naszą twierdzą.

Gdy reszta plutonu zaczęła w milczeniu wyładowywać skrzynie, Vrynn odwrócił się do swojego zaufanego podoficera. Yawdryl Krol akurat odpalał nową końcówkę cygara od żaru poprzedniego.

– Krol, bierz ludzi. Idziecie na szpicę – rozkazał Vrynn, a jego głos stał się cichy i zimny. – Skład: Pips na oko, Guff jako wsparcie, Keff do pełzania w błocie, Tolly i Harl do asekuracji, Bram, Mots, Olo i Ryn. Bierzesz też Jukka, muszę mieć pewność, że nic wam się nie zatnie w tej wilgoci. No i Brenna... – Vrynn spojrzał na Dynę, która już poprawiała torby medyczne. – Jeśli kogoś trafią, musisz go poskładać na miejscu.

Krol skinął głową, wypuścił gęsty kłąb dymu i rzucił krótkie: – Za mną, kity! Ruchy, zanim nam kopyta w tym błocie zgniją!

 

Patrol w głąb Nefyn

Ruszyli w głąb wyspy. Na przedzie, niemal zlany z ciemnością, poruszał się młody Pips. Jego sokoli wzrok przeczesywał każde zarośla. Tuż za nim, niczym cień, przemykał Keff, który w tym podmokłym terenie czuł się lepiej niż na placu apelowym.

Guff szedł z tyłu za Pipsem, trzymając swój karabin jak zabawkę, gotowy zasłonić przyjaciela własnym ciałem. Obok niego dreptał Bram, trzymając się blisko potężnego kowala i co chwilę nerwowo nasłuchując odgłosów nocy.

Patrol Krola wyszedł na krawędź niewielkiego, zaniedbanego sadu. Między rzędami dzikich drzew owocowych majaczyła sylwetka niewielkiego, domu z kamienia, otoczonego niskim murkiem. To typowa zabudowa Nefyn – solidna i łatwa do obrony.

– Spójrzcie na ten murek – szepnął Pips, mrużąc oczy. – Ktoś tam leży. Widzę lufę rhyfla wystającą zza kamieni....

 


CDN.