Wspomnienie z Gloam Hynn (1780 r.)
Podczas gdy chłopaki Vrynna byli na patrolu, a reszta plutonu rozbijała obóz, przed oczami dowódcy wracały obrazy z tragicznego patrolu Tollyn Maeryn, wysłanego jeszcze w 1780 roku na bagniste tereny Gloam Hynn. Dowodził nim wtedy Yawdryl Arwyn Vane.
„Zostaliśmy wysłani w głąb leśnych i bagnistych ostępów. Nieopodal osady drwali i stolarzy wpadliśmy na ślad wroga. Szybko zrozumieliśmy, że to nie my ich tropimy, lecz oni czekają na nas – bagniska najeżone były pułapkami. Na początku mieliśmy szczęście: większość to zwykłe dzwonki na sznurkach, ale nasza Dyna Lowra Belth weszła prosto na groźniejszą minę. Tylko dzięki temu, że pchała przed sobą ciężki wózek, który przyjął na siebie siłę wybuchu, uszła z życiem.
Próbowałem przejąć inicjatywę. Razem z grenadierem podeszliśmy bliżej, by sprawdzić w walce granaty nasadkowe. Okazały się skuteczne, więc zostawiłem go na pozycji i ruszyłem wesprzeć Milwera Ffynnegana, który przygwożdżony ogniem nie mógł unieść głowy.
W tym samym czasie na prawej flance nasz Lone Buck Kallwyq wykazał się niesamowitą odwagą – wyszedł niespodziewanie na przeciwnika i jednym celnym strzałem powalił wroga. Niestety, zaraz potem sam oberwał. Widziałem go tylko przez moment – siedział oszołomiony za skrzyniami, próbując dojść do siebie.
W odwecie Milwer Ffynnegan rozgrzał lufę swojego LMG i dosłownie 'wymiótł' obsługę wrogiego karabinu maszynowego.
Na prawej flance nie było już tak dobrze. Weteran próbował oskrzydlić przeciwnika z dwoma ryflerami, ale jeden z żółtodziobów wychylił się o sekundę za długo. Traper wroga tylko na to czekał – postrzał, a potem szybka niewola.
Weteran nie odstępował już drugiego strzelca na krok. Przeskoczyli żywopłot, dopadli do płotu i zaczęli wymianę ognia z lokalnymi 'bagniakami'. Ci zasypali ich granatami. Pierwsze rzuty były niecelne lub wadliwe, ale w końcu jeden wybuchł dokładnie tam, gdzie stał nasz drugi żółtodziób. Chłopak zmarł na oczach Weterana, który pod naporem przeważających sił musiał się wycofać, nie mając nawet szansy na pomstę.
Na moim odcinku Milwer Ffynnegan, po uciszeniu wrogiego KM-u, chciał zmienić pozycję. Zabrał ze sobą młodego grenadiera, by przebiec na drugą stronę traktu. To był błąd. Obaj dostali się pod ogień snajpera. Milwer Ffynnegan, twardy chłop, dociągnął do końca bitwy, ale zmarł później w szpitalu polowym. Grenadier miał więcej szczęścia – wylizał się z ran.
Ja w tym czasie zdjąłem ostatniego z obsługi wrogiego KM-u i zdołałem ocucić Lone Bucka. Chcieliśmy podejść jeszcze bliżej, ale wtedy Buck dostał kolejny postrzał. Rany okazały się śmiertelne... zmarł mi na rękach tuż po walce. Najdziwniej zachowała się Dyna – w ferworze walki, kierowana chyba jakimś obłędem lub nadmierną litością, dwukrotnie cuciła rannego wroga. Ten, zamiast podziękować, od razu rzucał się na mnie z bagnetem. Krótka seria z mojego SMG dwa razy posłała go z powrotem do błota.
Celu nie osiągnęliśmy. Bagniaki zajęły punkty strategiczne, a wywiad doniósł później, że jakimś cudem wszyscy ranni wrogowie przeżyli. My zostaliśmy z pustymi rękami i grobami kolegów”.
Gwałtowny łoskot przewracanych skrzyń i pisk przerażonego ptactwa wyrwał Vrynna z odrętwienia. Przez chwilę nie wiedział, gdzie jest. Serce biło mu nierówno, a w resztki ramienia uderzył znajomy, rwiący ból.
Odrzucił połę namiotu i wyszedł na zewnątrz. Wieczorne powietrze było ostre i wilgotne. W obozie panował nienaturalny porządek, który tylko potęgował niepokój. Żołnierze zastygli w pół kroku, nasłuchując odgłosów dobiegających z mroku kniei.
Vrynn dostrzegł znajomą, przygarbioną sylwetkę. Podszedł do Oldyra, czując, jak każdy krok waży tonę. Gdy tylko znalazł się obok, poczuł na ramieniu ciężką dłoń weterana. Vrynn od razu zapytał, czy chłopaki wrócili, ale w odpowiedzi Oldyr tylko milczał.
Vrynn wpatrywał się w ciemną linię drzew, a w jego głowie huczało od domysłów. Co się tam dzieje? Czy spotkali wroga? A jeśli tak, to kogo – zwykłych maruderów czy regularną armię? Czy zdołają się przebić, czy może ten patrol skończy się taką samą krwawą łaźnią jak tamten Arwyna w 1780 roku?
Tak dużo pytań, tak mało odpowiedzi. Jedynym pewnym punktem w tym mroku była dłoń Oldyra, która zacisnęła się mocniej na jego ramieniu, jakby stary żołnierz sam próbował znaleźć w tym geście oparcie.
















Piękna opowieść! Dziękuję!!
OdpowiedzUsuń