poniedziałek, 26 stycznia 2026

Kampania w Świecie Quarów (V)

 Patrol w głąb Nefyn

Ruszyli w głąb wyspy, wsysani przez gęstniejący mrok. Na przedzie, niemal zlany z ciemnością, poruszał się młody Pips. Jego sokoli wzrok przeczesywał każde zarośla, wyłapując najdrobniejsze drgnienie liści. Tuż za nim, niczym cień, przemykał Keff – w tym podmokłym, zdradliwym terenie czuł się lepiej i pewniej niż na równym placu apelowym.

Guff szedł krok w krok za Pipsem, trzymając swój ciężki karabin z niemal dziecięcą swobodą, jakby była to tylko zabawka, a nie narzędzie mordu. Był gotów w każdej chwili zasłonić przyjaciela własnym, potężnym ciałem. Obok niego dreptał Bram, trzymając się blisko kowala i co chwilę nerwowo nasłuchując złowrogich odgłosów nocy.

Yawdryl Krol obserwował ich sylwetki w milczeniu. Mimowolnie jego dłoń powędrowała do wewnętrznej kieszeni munduru, gdzie spoczywała jeszcze ciepła, szklana płyta owinięta w szmatkę.

Zaledwie kilka godzin wcześniej, w blasku magnezji, stali razem przed sztabem. Pips uśmiechał się zawadiacko, Keff próbował zachować powagę, a Guff niemal zgniótł Brama w braterskim uścisku. Krol pamiętał ten moment – byli na tym zdjęciu tacy dumni, tacy... nienaruszeni. Obiecał sobie, że po powrocie wywoła tyle odbitek, by każdy z nich mógł wysłać jedną do nory.

Nagły chłód Nefyn wyrwał go z zamyślenia. Patrol wyszedł właśnie na krawędź niewielkiego, zaniedbanego sadu. Między rzędami dzikich, powykręcanych drzew owocowych majaczyła sylwetka małego domu z kamienia, otoczonego niskim murkiem. To była typowa zabudowa wyspy – solidna, surowa i przerażająco łatwa do obrony.

– Spójrzcie na ten murek – szepnął Pips, mrużąc oczy i gwałtownie zastygając w bezruchu. – Ktoś tam leży. Widzę lufę rhyfla wystającą zza kamieni...

Krol poczuł, jak pamiątkowe zdjęcie w kieszeni ciąży mu nagle bardziej niż pistolet u boku. Historia, którą chciał napisać tym patrolem, właśnie zaczęła wymykać mu się z rąk.



 

Krol dał krótki, ledwo dostrzegalny znak ręką. Oddział, dotąd zwarty, rozpadł się na dwie sprawne grupy, które niczym cienie zaczęły krążyć wokół kamiennego domu.

Na lewo: Yawdryl Krol ruszył przodem, prowadząc za sobą Motsa i Guffa. Stąpali ostrożnie, starając się, by wełniane płaszcze nie zahaczały o suche gałęzie dzikich jabłoni. Guff nie spuszczał wzroku z lufy wystającej zza murka, a jego własny palec spoczywał na języku spustowym. Wiedział, że jeśli tamten odda strzał, on musi być szybszy.

Na prawo: Milwer Jukk, stary wyga z blizną przecinającą pysk, przejął dowodzenie nad drugą grupą. Bram, trzęsąc się z emocji, niemal deptał mu po piętach, podczas gdy Pips osłaniał ich tyły, gotów w każdej chwili rzucić się do szarży. Jukk prowadził ich szerokim łukiem, chcąc zajść strzelca od strony starej studni.

Wsparcie: Z tyłu, w głębokim cieniu, zostali grenadierzy i Brenna. Ich zadanie było najtrudniejsze – trwać w bezruchu i czekać na sygnał. Brenna, zaciskając dłonie na karabinie, czuła każde uderzenie serca. Grenadierzy przygotowali swoje prymitywne, żeliwne "tłuczki", sprawdzając zapalniki. Byli ubezpieczeniem na wypadek, gdyby z wnętrza domu wyłoniło się coś gorszego niż jeden karabinier.

– Na mój znak... – przemknęło przez myśl Krolowi, gdy poczuł, że oba skrzydła są już na pozycjach.

Ciszę Nefyn przeciął nagły, suchy trzask łamanej gałęzi pod ciężką stopą Guffa. Postać za murkiem drgnęła. Lufa rhyfla zaczęła się powoli obracać w stronę grupy Krola.

 


Kiedy oczy Pipsa i Jukka przyzwyczaiły się do migotliwego światła nocy, dostrzegli więcej szczegółów. To nie był tylko jeden strzelec. Zza murku i z głębi sadu wyłaniały się kolejne sylwetki w charakterystycznych, nieco wyższych nakryciach głowy.

Gwynt – wycedził przez zęby Jukk, poprawiając chwyt na broni. – Królewskie cwaniaki. Zawsze tam, gdzie nie powinno ich być.

Żołnierze Gwyntu poruszali się z irytującą precyzją. Nie panikowali, nie szeptali. Wykorzystywali cienie drzew tak umiejętnie, że gdyby nie sokoli wzrok Pipsa, oddział Krola mógłby wpaść prosto w ich sidła. Królewscy znali teren Nefyn równie dobrze jak oni, a ich mundury, choć przybrudzone błotem, wciąż nosiły znamiona dyscypliny, której brakowało wielu frakcjom "Długiej Wojny".

Krol poczuł dreszcz. Wiedział, że jeśli za murkiem są ludzie Gwyntu, to dom nie jest tylko przypadkowym schronieniem – to prawdopodobnie punkt kontaktowy lub wysunięta placówka ich wywiadu.

– Brenna, grenadierzy, gotowość... – Krol nadał sygnał dłonią, który przeszedł wzdłuż linii niczym prąd.

Jukk po prawej stronie uniósł rhyfla do ramienia. Widział, jak jeden z żołnierzy Gwyntu wyciąga coś z torby – prawdopodobnie flarę, by wezwać posiłki lub oświetlić sad. Jeśli Gwynt wystrzeli pierwszy, przewaga zaskoczenia zniknie w ułamku sekundy.

 

 

To nie była flara, to był granat. Grenadierzy Gwyntu używali specjalnie dociążonych ładunków o zwiększonej sile rażenia, idealnych do "czyszczenia" sadów i ciasnych pomieszczeń. Jeden precyzyjny rzut wystarczył.

Huk uderzył w nich jak fizyczna ściana. Fala uderzeniowa przeszła przez grupę Krola, rzucając Motsa i Guffa na ziemię. Yawdryl poczuł, jak grunt usuwa mu się spod nóg, a w uszach zakwitł wysoki, piskliwy ton, który zagłuszył wszystko inne. Świat zawirował i pociemniał.

Gdy pył zaczął opadać, na placu boju pozostał tylko jeden Quar, który wciąż utrzymywał się na kolanach. Mots.

Biedny Mots, który zazwyczaj trzymał się na samym końcu, teraz klęczał na mokrej ziemi, trzymając się za głowę. Jego pyszcz był umazany błotem, a oczy – wielkie i przerażone – próbowały wyostrzyć obraz. Wokół niego, w nienaturalnych pozach, leżeli jego towarzysze. Nie ruszali się. Obraz z pamiątkowego zdjęcia, które Krol miał w kieszeni, właśnie zaczął krwawić w rzeczywistości.

Mots widział przez mgłę, jak grenadier Gwyntu – potężna sylwetka w ciężkim pancerzu napierśnym i hełmie z szerokim rondem – powoli wychodzi zza murka. Królewski elitarny żołnierz niespiesznie wyciągał z pochwy krótki, ząbkowany kordelas, sprawdzając, czy ktoś jeszcze stawia opór.

Mots spojrzał na swój karabin leżący metr dalej. Jego dłonie drżały tak mocno, że ledwo czuł palce.

 


Gdy grenadier Gwyntu napawał się widokiem powalonego oddziału Krola, ciszę po wybuchu rozdarł charakterystyczny, suchy terkot lekkiego karabinu maszynowego. To grupa Jukka weszła do akcji z morderczą precyzją.

Strumień ołowiu przeszył stóg siana, rzucając trzech żołnierzy Gwyntu na ziemię, zanim zdążyli w ogóle unieść broń. Pips stojący za Jukkiem dołożył swoją "poprawkę". Jego rhyfel szczeknął – strzał znalazł cel, zmuszając pozostałych przy życiu przeciwników do panicznej ucieczki.

Ocalali Gwyntowcy, oszołomieni siłą ognia i nagłą stratą kolegów, rzucili się w stronę starego, skrzypiącego wiatraka, który górował nad polami. Skryli się za jego grubą, kamienną podstawą, próbując złapać oddech i przeładować broń.

 


Krol, mimo oszołomienia, nie zamierzał poddać się bez walki. Widząc grenadiera zbliżającego się do Motsa, Yawdryl zebrał w sobie ostatki sił by przyjąć szarżę wroga.

Przez moment wydawało się, że jego determinacja przeważy. Jednak elita Gwyntu nie bez powodu nosiła swoje insygnia. Grenadier wykonał krótki, precyzyjny unik i wyprowadził kontratak. Yawdryl Krol upadł na kolana, a potem twarzą w błoto Nefyn. Pamiątkowe zdjęcie, skryte w jego kieszeni, przycisnął ciężarem własnego ciała. Dowódca nie żył.

Mots, widząc upadek swojego Yawdryla, próbował krzyczeć, ale kolejny wystrzał ugodził go w ramię. Padł obok reszty. Sad wypełniły jęki rannych i ciężkie oddechy zwycięzców. Guff, Keff,... wszyscy leżeli bezwładnie pod chałupom.

 

 

Pod osłoną dymu, żołnierze Gwyntu ruszyli między pola zbóż niczym żniwiarze. Ich ciężkie buty dudniły o twardą ziemię Nefyn, a bagnety lśniły złowrogo w nikłym świetle księżyca. Nie było wezwań do poddania się, nie było litości.

Bram, który jeszcze przed chwilą trząsł się z nerwów, nie zdążył nawet otworzyć oczu. Królewski żołnierz, bez słowa, zakończył jego strach krótkim pchnięciem. Tuż obok leżał potężny Guff. Kowal, który był ostoją oddziału, próbował jeszcze unieść ramię, osłonić kolegę, ale dwóch Gwyntowców dopadło go jednocześnie. Wielki Quar, który na zdjęciu wyglądał na niezniszczalnego, znieruchomiał na zawsze w błocie sadu.

Mots, leżący zaledwie kilka kroków dalej, widział to wszystko przez mgłę łez i bólu. Widział, jak jego przyjaciele, z którymi jeszcze rano dzielił racje żywnościowe, stają się tylko bezwładnymi kształtami pod drzewami.

 

 

Jukk nie pozwolił oddziałowi na chwilę słabości. Krótkimi, ostrymi rozkazami sformował linię. Podczas gdy Olo trzymał Gwyntowców za wiatrakiem pod ciągłym ogniem, Pips wykazał się niesamowitą zimną krwią. Wykorzystując dym i zamieszanie, dopadł do jednego z rannych żołnierzy Gwyntu, który leżał blisko murku. Zamiast bagnetu, użył siły – chwycił go za oporządzenie i odciągnął w mrok, na tyły.

– Mamy język! – syknął Pips, przekazując rannego wroga grenadierom. To był kluczowy ruch. Jeniec z elitarnego oddziału wiedział wszystko o rozmieszczeniu sił w tym sektorze Nefyn.

Oddział Jukka, zamiast wikłać się w wyniszczającą walkę o dom, zaczął „przesiąkać” przez pola. Poruszali się nisko przy ziemi, wykorzystując każde zagłębienie terenu i każdy cień rzucany przez wiatrak. Infiltracja trwała.

 


Noc nad Nefyn stała się gęsta i duszna. Jukk, wraz z czterema ocalałymi rhyflerami, zajął pozycje głęboko na tyłach wroga. Byli jak duchy – brudni, wyczerpani, ale wykonali zadanie. Infiltracja się powiodła. Jednak radość z sukcesu dławił brak jednego z nich. Motsa.

Kiedy patrol Gwyntu odnalazł rannego Motsa w sadzie, Jukk nie wydał rozkazu do ataku. Wiedział, że kolejna strzelanina skończy się masakrą. Zamiast tego, Milwer zrobił coś, co wymagało więcej odwagi niż szarża – wyszedł z podniesionymi łapami, trzymając w jednej ręce białą szmatę, a w drugiej ciężki, wiklinowy kosz.

Spotkanie na ziemi niczyjej było krótkie i napięte. Królewscy z Gwyntu wciąż trzymali palce na spustach, ale zapach świeżych ćmowych ciastek i aromat wysokoprocentowego destylatu, który Jukk pędził potajemnie w swojej jednostce, zdziałały cuda. W świecie, gdzie racje żywnościowe smakują jak trociny, taka oferta była warta więcej niż honor korony.

Po krótkiej, szeptanej wymianie zdań, żołnierze Gwyntu wypchnęli oszołomionego Motsa w stronę Jukka. Ranny Quar ledwo trzymał się na nogach, ale żył. Nienawiść, choć wciąż tliła się w oczach Jukka na myśl o Krolu, Bramie i Guffie, została stłumiona. W tym momencie liczył się tylko powrót do domu.

 


 

 

 

 

 

 

 

 

Kampania w Świecie Quarów (IV)



DOKUMENTACJA OPERACYJNA: RAPORT POPOŁUDNIOWY

DO: Syl-Caenerol Labyl Pren

OD: Sub-Caenerol Vrynn (Dowódca Sekcji)

DATA: 25 Pryfaen 1782

MIEJSCE: Sektor X, Wyspa Nefyn



1. CEL I REALIZACJA 

Melduję, że 24 ww. miesiąca oddział pod dowództwem Yawdryla Krola i Milwera Jukka podjął próbę infiltracji terenu zajętego przez siły Królestwa Gwyntu. Mimo napotkania elitarnych sekcji przeciwnika i stoczenia krwawej walki, cel strategiczny został osiągnięty. Pięciu żołnierzy przeniknęło na tyły wroga, zabezpieczając wyznaczony sektor.

2. PRZEBIEG STARCIA I STRATY

W trakcie podejścia pod zabudowania kamienne (stary sad), oddział został zaatakowany przez grenadierów Gwyntu. Walka miała charakter bezwzględny. Z przykrością informuję o śmierci kluczowych członków oddziału:

  • Yawdryl Krol – poległ w ataku bezpośrednim.

  • Rhyfler Guff – poległ na polu walki.

  • Rhyfler Bram – poległ na polu walki.

  • Rhyfler Tolly – poległ na polu walki.

Żołnierze Gwyntu wykazali się brakiem honoru, dobijając rannych i nieprzytomnych żołnierzy na miejscu starcia.

3. STATUS PERSONELU I WYMIANA 

Rhyfler Mots dostał się do niewoli. Ze względu na jego wartość dla oddziału oraz stan zdrowia, podjąłem decyzję o przeprowadzeniu doraźnej wymiany na linii frontu. Odzyskano Motsa w zamian za zapasy ćmowych ciastek oraz racje mocniejszego alkoholu. Choć nienawiść do oprawców Krola i reszty jest silna, priorytetem było ratowanie życia towarzysza.

4. STRATY PRZECIWNIKA I JENIEC

 Siły Gwyntu straciły łącznie pięciu żołnierzy:

  • Trzech poległo w bezpośredniej wymianie ognia.

  • Jeden zmarł z powodu odniesionych ran (wykrwawienie).

  • Jeden żołnierz elity Gwyntu znajduje się w naszej niewoli.

5. DYSPOZYCJA JEŃCA

Z uwagi na to, że strona przeciwna nie wyraziła chęci wykupu swojego żołnierza, jeniec zostaje pod eskortą odesłany do Głównego Dowództwa celem przesłuchania. Posiada on wiedzę na temat rozmieszczenia dział Gwyntu w tym sektorze Nefyn.

6. WNIOSKI DOWÓDCY POLOWEGO

Zadanie infiltracji zostało wykonane – pięciu żołnierzy przeniknęło na połowę przeciwnika, zabezpieczając kluczowe dane terenowe. Jednakże brutalność sił Gwyntu (dobijanie rannych) wskazuje na eskalację konfliktu w tym regionie.

Podpisano: Sub-Caenerol Vrynn (Dowódca oddziału)


Dodatek do raportu: Do dokumentacji załączono pękniętą szklaną płytę fotograficzną odnalezioną przy ciele Yawdryla Krola jako mienie osobiste poległych.


 
 
 
 
 
 


 

niedziela, 18 stycznia 2026

Zbiory Ogniem i Mieczem - Wojsko zaporoskie

 Zgodnie z zapowiedzią ;)

 

Jakiś czas temu obiecałem, że pochwalę się zbiorami Kozaków do Ogniem i Mieczem, więc oto one:

 

Śmigownica (chwilowo jedna, w planie jest druga)

 

 Podstawa armii kozackiej, czyli mołojcy

Obecnie mam na stanie 3 oddziały w rozmiarze L i 2 kolejne w planie


 Kolejni są konni mołojcy. Jak wiecie wszystkie formacje dragońskie robię osobo w wersji konnej i pieszej i tak oto ma 3 oddziały w rozmiarze S i w planie jeszcze jeden w rozmiarze M.
 
 
 
 
Teraz czas na małych dowódców, czyli Esaułów. Mam ich już pięciu plus oboźnego, czyli na dywizję już wystarczająco :)

 Wracamy do jednostek i mamy mołojców strzelców. Tutaj mam dwa oddziały w rozmiarze M i jeden w S. Na tę chwilę raczej nie będę ich już rozbudowywał.

 Kolejne są działa kozackie. Przy obecnym stanie, czyli dwóch oddziałów w rozmiarze S i jeden w M mam pełną możliwość ich wystawienia zarówno w zgrupowaniach jak i dywizji (przynajmniej na razie).

 Teraz czas na elitę, czyli rejestrowych. Obecnie mam trzy oddziały M i jeden S. Chwilowo ten stan pozostanie bez zmian, ale z tyłu głowy coś puka, że jeszcze trzy oddziały M by się przydały :)
 
Czas na kolejny charakterystyczny element armii kozackiej, czyli czerń. Obecnie mam dwa oddziały w rozmiarze L. W kolejce do malowania jest oddział XL oraz dwa oddziały czerni z bronią strzelecką w rozmiarze L :D
   
 
Oddziały specjalne, czyli plastuni. Mam dwie grupy i chyba wystarczy :)

 I na koniec kadra dowódcza. Mam ich chwilowo pięciu, z czego jeden to zwykły pułkownik a pozostali to Ataman Tomaszko, Iwan Bohun, Iwan Sirko i Piotr Konaszewicz-Sahajdaczny. W kolejce stoi dwóch dowódców historycznych, czyli Maksym Krzywonos i sam hetman Bohdan Chmielnicki.
 

wtorek, 13 stycznia 2026

W wolnej chwili...

 Coś pomiędzy OiM i Quarami ;)

 

Jak wam pewnie wiadomo, na moim warsztacie stałe miejsce zajmuje Ogniem i Mieczem i ostatnio też Quary z Tollyn Maeryn.

Lecz to nie znaczy, że nie mam nic więcej w kolejce, moja kupka wstydu jest nie przebrana :D

 Lecz powoli udaje mi się coś  niej pomalować i tak oto udało się skończyć kolejną (już trzecią) figurkę z Legionu Heretyków do Trench Crusade, czyli Wiedźmę Artyleryjską.





 

czwartek, 8 stycznia 2026

Nowe siły dla Moskwy: Dzieci Bojarskie ruszają do boju!

Armia powolutku rośnie.

W końcu udało się ruszyć z kopyta! Moje plany stworzenia armii moskiewskiej do Ogniem i Mieczem powoli nabierają realnych kształtów. Jak już się Wam wcześniej chwaliłem, Wojewoda jest już gotowy i tylko przebierał nogami, czekając na kogoś, komu będzie mógł wydawać rozkazy.



Wreszcie doczekał się godnego wsparcia. Na warsztat (i z warsztatu!) wjechał pierwszy rzut Dzieci Bojarskich. To trzon moich sił kawaleryjskich, który ma zaprowadzić porządek na stepach i w lasach w imieniu Cara. 

Teraz, gdy Wojewoda ma już przy boku swoich wiernych bojarów, armia zaczyna wyglądać na stole jak realne zagrożenie, a nie tylko samotny dowódca na spacerze.

 






PS. Tak, wiem... zdjęcia. Nadal nie opanowałem tej magii i obawiam się, że moje umiejętności fotograficzne utknęły gdzieś w XVII wieku razem z moimi figurkami. Musicie mi uwierzyć na słowo (albo użyć wyobraźni), że na żywo prezentują się trochę lepiej niż na moich "rozmazanych" próbach! :D

Kolejne jednostki już czekają w kolejce. Co następne? Piechota czy może jeszcze więcej jazdy? Zobaczymy!

niedziela, 4 stycznia 2026

Kampania w Świecie Quarów (III)

Wspomnienie z Gloam Hynn (1780 r.)

Podczas gdy chłopaki Vrynna byli na patrolu, a reszta plutonu rozbijała obóz, przed oczami dowódcy wracały obrazy z tragicznego patrolu Tollyn Maeryn, wysłanego jeszcze w 1780 roku na bagniste tereny Gloam Hynn. Dowodził nim wtedy Yawdryl Arwyn Vane.


    „Zostaliśmy wysłani w głąb leśnych i bagnistych ostępów. Nieopodal osady drwali i stolarzy wpadliśmy na ślad wroga. Szybko zrozumieliśmy, że to nie my ich tropimy, lecz oni czekają na nas – bagniska najeżone były pułapkami. Na początku mieliśmy szczęście: większość to zwykłe dzwonki na sznurkach, ale nasza Dyna Lowra Belth weszła prosto na groźniejszą minę. Tylko dzięki temu, że pchała przed sobą ciężki wózek, który przyjął na siebie siłę wybuchu, uszła z życiem.


    Próbowałem przejąć inicjatywę. Razem z grenadierem podeszliśmy bliżej, by sprawdzić w walce granaty nasadkowe. Okazały się skuteczne, więc zostawiłem go na pozycji i ruszyłem wesprzeć Milwera Ffynnegana, który przygwożdżony ogniem nie mógł unieść głowy. 

 

W tym samym czasie na prawej flance nasz Lone Buck Kallwyq wykazał się niesamowitą odwagą – wyszedł niespodziewanie na przeciwnika i jednym celnym strzałem powalił wroga. Niestety, zaraz potem sam oberwał. Widziałem go tylko przez moment – siedział oszołomiony za skrzyniami, próbując dojść do siebie. 

 

W odwecie Milwer Ffynnegan rozgrzał lufę swojego LMG i dosłownie 'wymiótł' obsługę wrogiego karabinu maszynowego.

    Na prawej flance nie było już tak dobrze. Weteran próbował oskrzydlić przeciwnika z dwoma ryflerami, ale jeden z żółtodziobów wychylił się o sekundę za długo. Traper wroga tylko na to czekał – postrzał, a potem szybka niewola.   


Weteran nie odstępował już drugiego strzelca na krok. Przeskoczyli żywopłot, dopadli do płotu i zaczęli wymianę ognia z lokalnymi 'bagniakami'. Ci zasypali ich granatami. Pierwsze rzuty były niecelne lub wadliwe, ale w końcu jeden wybuchł dokładnie tam, gdzie stał nasz drugi żółtodziób. Chłopak zmarł na oczach Weterana, który pod naporem przeważających sił musiał się wycofać, nie mając nawet szansy na pomstę.

 


    Na moim odcinku Milwer Ffynnegan, po uciszeniu wrogiego KM-u, chciał zmienić pozycję. Zabrał ze sobą młodego grenadiera, by przebiec na drugą stronę traktu. To był błąd. Obaj dostali się pod ogień snajpera. Milwer Ffynnegan, twardy chłop, dociągnął do końca bitwy, ale zmarł później w szpitalu polowym. Grenadier miał więcej szczęścia – wylizał się z ran.

 

    Ja w tym czasie zdjąłem ostatniego z obsługi wrogiego KM-u i zdołałem ocucić Lone Bucka. Chcieliśmy podejść jeszcze bliżej, ale wtedy Buck dostał kolejny postrzał. Rany okazały się śmiertelne... zmarł mi na rękach tuż po walce. Najdziwniej zachowała się Dyna – w ferworze walki, kierowana chyba jakimś obłędem lub nadmierną litością, dwukrotnie cuciła rannego wroga. Ten, zamiast podziękować, od razu rzucał się na mnie z bagnetem. Krótka seria z mojego SMG dwa razy posłała go z powrotem do błota.


    Celu nie osiągnęliśmy. Bagniaki zajęły punkty strategiczne, a wywiad doniósł później, że jakimś cudem wszyscy ranni wrogowie przeżyli. My zostaliśmy z pustymi rękami i grobami kolegów”. 


 Gwałtowny łoskot przewracanych skrzyń i pisk przerażonego ptactwa wyrwał Vrynna z odrętwienia. Przez chwilę nie wiedział, gdzie jest. Serce biło mu nierówno, a w resztki ramienia uderzył znajomy, rwiący ból.

Odrzucił połę namiotu i wyszedł na zewnątrz. Wieczorne powietrze było ostre i wilgotne. W obozie panował nienaturalny porządek, który tylko potęgował niepokój. Żołnierze zastygli w pół kroku, nasłuchując odgłosów dobiegających z mroku kniei.

Vrynn dostrzegł znajomą, przygarbioną sylwetkę. Podszedł do Oldyra, czując, jak każdy krok waży tonę. Gdy tylko znalazł się obok, poczuł na ramieniu ciężką dłoń weterana. Vrynn od razu zapytał, czy chłopaki wrócili, ale w odpowiedzi Oldyr tylko milczał.

Vrynn wpatrywał się w ciemną linię drzew, a w jego głowie huczało od domysłów. Co się tam dzieje? Czy spotkali wroga? A jeśli tak, to kogo – zwykłych maruderów czy regularną armię? Czy zdołają się przebić, czy może ten patrol skończy się taką samą krwawą łaźnią jak tamten Arwyna w 1780 roku?

Tak dużo pytań, tak mało odpowiedzi. Jedynym pewnym punktem w tym mroku była dłoń Oldyra, która zacisnęła się mocniej na jego ramieniu, jakby stary żołnierz sam próbował znaleźć w tym geście oparcie.