„Piszę te słowa w cieniu Faelvora, który jako jedyny nie zawiódł, gdy przyszło do walki o magazyny...”
Zaczął pisać, choć wiedział, że te słowa nigdy nie trafią do oficjalnego raportu dla Dowództwa Krucjaty. Tamci nie chcieli słuchać o lojalności załogantów samochodu pancernego ani o tym, że milicja z Tollyn Maeryn została wystawiona na rzeź.
Vrynn poczuł, jak pióro drży mu w dłoni na samo wspomnienie ostatniej bitwy tamtego dźwięku. To nie był zwykły wystrzał. To był skowyt rozrywanego powietrza, który zwiastował nadejście stalowego potwora Coftyru.Podczas gdy „Żelazna Grzechotka” była zwinna i bitna, przeciwnik wystawił coś, co przypominało ruchomą fortecę. Ich czołg dominował nad traktem, a jego działo – potężne, o kalibrze, który sprawiał, że Faelvor wyglądał przy nim jak dziecięca zabawka – pluło ogniem z bezlitosną regularnością.
Vrynn pamiętał tamten moment z przerażającą dokładnością. Skulili się za starym, kamiennym murkiem przy skraju drogi. Wydawało się, że to solidna osłona, relikt dawnych czasów, który przetrwa wszystko. Ale kiedy działo Coftyru przemówiło, murek ledwo wytrzymał impet uderzenia. Kamienie, które stały tam od pokoleń, w ułamku sekundy zamieniły się w śmiercionośne odłamki i pył.
Siła eksplozji rzuciła Vrynnem o ziemię, ale to, co zobaczył po podniesieniu głowy, nawiedzało go w snach do dziś. Trzech ryflerów stojących najbliżej wyrwy oberwało bezpośrednio. Pył jeszcze nie opadł, gdy usłyszał ten charakterystyczny, zdławiony jęk.
Wśród nich był Arlo Vane.
Chłopak, który zawsze pisał listy do matki. Chłopak, którego Oldyr próbował chronić jak własnego syna. Arlo leżał w pyle, a jego mundur milicjanta był nasiąknięty ciemną krwią szybciej, niż ktokolwiek zdołał krzyknąć o pomoc. To wtedy Vrynn zrozumiał, że w starciu z taką potęgą ich determinacja to za mało. Ran Arlo nie dało się opatrzyć – działo Coftyru nie zostawiało szans na ratunek. Chłopak zmarł tam, w cieniu pękającego muru, stając się nazwiskiem na liście, którą Vrynn musi wysłać do Solvik.Vrynn spojrzał teraz na czystą kartkę papieru przed sobą. Dzisiaj musiał napisać tylko o jednym żołnierzu, ale śmierć Arlo pod magazynami sprawiła, że każdy kolejny list wydawał się zdradą.
Wtedy z zewnątrz dobiegł go głos Morysa „Zgrzyta”:
— Hej, Yawdrylu! — Pancerniak łomotał w pancerz „Grzechotki”. — Słyszałem te wasze gadki z „elitą” z Krucjaty. Niech sobie siedzą w swoich lśniących pancerzach. Jeśli ten potwór Coftyru znów wypełznie z błota, Padrig ustawi nas tak, że działo nie będzie miało czystego kąta. My nie uciekniemy, Vrynn. Nie tak jak ci specjaliści, co tylko patrzą w papierki.
Vrynn zacisnął zęby. Śmierć Arlo Vane’a była ceną za brak ciężkiego wsparcia pod magazynami. Teraz miał wsparcie – trzech szturmowców, którzy byli najlepsi w swoim fachu, a jednak ich duma była większym murem niż ten, za którym zginął Arlo.
— Elara! — krzyknął Vrynn, wychylając się z namiotu. — Sprawdź jeszcze raz zapasy granatów przeciwpancernych. Jeśli znowu zobaczymy to działo, nie będę czekał na zgodę Dowództwa Krucjaty, żeby ich wysadzić.
Elara „Szpila” Vane, siostra poległego Arlo, zatrzymała się i powoli skinęła głową. W jej oczach nie było strachu, tylko zimna, milicjancka nienawiść do wszystkiego, co nosiło barwy Coftyru.
Vrynn na moment przymknął oczy, a pióro znieruchomiało nad raportem. To było jedno z tych wspomnień, które nie pasowały do czarno-białych opowieści o wojnie. Obraz Coftyrian jako bezlitosnych rzeźników pękł tamtego dnia.
Milwer Jukk walcząc w środku pola, obok grzechotki oberwał. Nie dało się go odciągnąć; ogień zaporowy był tak gęsty, że każda próba uniesienia noszy kończyła się serią w błoto. Vrynn pamiętał beznadzieję w oczach Keffa, który patrzył, jak jego Milwer powoli gaśnie na ziemi niczyjej.
I wtedy stało się coś niewyobrażalnego.
Ogień ustał. Nie dlatego, że skończyła się amunicja, ale dlatego, że coftyriański dowódca — człowiek, którego nazwiska Vrynn nigdy nie poznał — uniósł dłoń. Z ich linii, zamiast kolejnej salwy, wyszło dwóch medyków. Bez broni, w tych ich dziwnych, sztywnych płaszczach.
Cena za życie Jukka była wysoka i dotkliwie ironiczna. Ćmowe ciastka. Nasz najcenniejszy zapas, przysłany z Solvik, by wzmocnić siły i morale wycieńczonych milicjantów. Te małe, nasycone esencją wypieki potrafiły postawić na nogi Quara, który nie spał od trzech dób. Były warte więcej niż złoto, zwłaszcza gdy przed Tobą jeszcze mile bagnistych walk.
Vrynn musiał podjąć decyzję w ułamku sekundy. Spojrzał na dymiące działo wroga, potem na trzęsącego się Jukka, a na końcu na skrzynie z zapasami.
— Oddajcie im to — wycharczał wtedy.
Brenna płakała, wydając Coftyrianom ostatnie puszki i zawiniątka. Milicjanci patrzyli z głodem i niedowierzaniem, jak ich jedyna szansa na regenerację odjeżdża w rękach wroga. Morale sypało się na ich oczach, ale Jukk... Jukk przeżył. Coftyriańscy medycy, z tą swoją chłodną, profesjonalną precyzją, ustabilizowali go na miejscu i pozwolili nam go zabrać.
Vrynn spojrzał teraz przez połę namiotu na siedzącego przy ognisku Jukka. Chłopak był blady, miał głębokie blizny na szyi i świszczący oddech, ale nadal był z nimi.
— Warto było — mruknął Vrynn do siebie, choć wiedział, że specjaliści z Krucjaty, gdyby o tym usłyszeli, nazwaliby go zdrajcą albo szaleńcem. Dla nich ćmowe ciastka to był zasób strategiczny, a milicjant był tylko cyfrą.
Poczuł nagły przypływ dumy z tego, że dowodzi milicją z Tollyn Maeryn. Może i nie mieli pancerzy z Krucjaty, może i musieli przekupywać wroga słodyczami, by ratować swoich, ale w tym oddziale nikt nie był zostawiany na zmarnowanie.
Vrynn poczuł nagły przypływ adrenaliny, który na moment stłumił ból w kikucie. To było to. To była ta chwila, która uratowała ich pod magazynami i zmazała gorycz oddanych ciastek.
Yawdryl Peli Glynn ze swoimi dwoma ryflerami, przemykający jak duchy przez lewą flankę, wykorzystując każdy cal bagiennej mgły. W tym samym czasie on sam, na prawej flance, brodził po pas w lodowatej wodzie, modląc się, by szczęk oporządzenia nie zdradził ich pozycji.
To był klasyczny kleszczowy manewr, wykonany przez milicję, o której specjaliści z Krucjaty mówili, że potrafi tylko uciekać. Kiedy Peli dał sygnał – ten swój krótki, świdrujący gwizdek – uderzyli jednocześnie. Weszli na tyły wroga z furią, której Coftyrianie się nie spodziewali. Zajęcie magazynów z amunicją było gwoździem do trumny przeciwnika. Bez pocisków do swojego potężnego działa, stalowy potwór stał się tylko bezużytecznym klocem żelaza, a ich dowódca musiał uznać wyższość "amatorów" z Tollyn Maeryn.
Vrynn otworzył oczy. Spojrzał na kartkę. Czas przestać uciekać w sny o przeszłości. Trzeba to było zapisać, czarno na białym, dla historii i dla dowództwa, które tak bardzo ich nie doceniało.
Mocno chwycił pióro. Już nie drżało.