Patrol w głąb Nefyn
Ruszyli w głąb wyspy, wsysani przez gęstniejący mrok. Na przedzie, niemal zlany z ciemnością, poruszał się młody Pips. Jego sokoli wzrok przeczesywał każde zarośla, wyłapując najdrobniejsze drgnienie liści. Tuż za nim, niczym cień, przemykał Keff – w tym podmokłym, zdradliwym terenie czuł się lepiej i pewniej niż na równym placu apelowym.
Guff szedł krok w krok za Pipsem, trzymając swój ciężki karabin z niemal dziecięcą swobodą, jakby była to tylko zabawka, a nie narzędzie mordu. Był gotów w każdej chwili zasłonić przyjaciela własnym, potężnym ciałem. Obok niego dreptał Bram, trzymając się blisko kowala i co chwilę nerwowo nasłuchując złowrogich odgłosów nocy.
Yawdryl Krol obserwował ich sylwetki w milczeniu. Mimowolnie jego dłoń powędrowała do wewnętrznej kieszeni munduru, gdzie spoczywała jeszcze ciepła, szklana płyta owinięta w szmatkę.
Zaledwie kilka godzin wcześniej, w blasku magnezji, stali razem przed sztabem. Pips uśmiechał się zawadiacko, Keff próbował zachować powagę, a Guff niemal zgniótł Brama w braterskim uścisku. Krol pamiętał ten moment – byli na tym zdjęciu tacy dumni, tacy... nienaruszeni. Obiecał sobie, że po powrocie wywoła tyle odbitek, by każdy z nich mógł wysłać jedną do nory.
Nagły chłód Nefyn wyrwał go z zamyślenia. Patrol wyszedł właśnie na krawędź niewielkiego, zaniedbanego sadu. Między rzędami dzikich, powykręcanych drzew owocowych majaczyła sylwetka małego domu z kamienia, otoczonego niskim murkiem. To była typowa zabudowa wyspy – solidna, surowa i przerażająco łatwa do obrony.
– Spójrzcie na ten murek – szepnął Pips, mrużąc oczy i gwałtownie zastygając w bezruchu. – Ktoś tam leży. Widzę lufę rhyfla wystającą zza kamieni...
Krol poczuł, jak pamiątkowe zdjęcie w kieszeni ciąży mu nagle bardziej niż pistolet u boku. Historia, którą chciał napisać tym patrolem, właśnie zaczęła wymykać mu się z rąk.
Krol dał krótki, ledwo dostrzegalny znak ręką. Oddział, dotąd zwarty, rozpadł się na dwie sprawne grupy, które niczym cienie zaczęły krążyć wokół kamiennego domu.
Na lewo: Yawdryl Krol ruszył przodem, prowadząc za sobą Motsa i Guffa. Stąpali ostrożnie, starając się, by wełniane płaszcze nie zahaczały o suche gałęzie dzikich jabłoni. Guff nie spuszczał wzroku z lufy wystającej zza murka, a jego własny palec spoczywał na języku spustowym. Wiedział, że jeśli tamten odda strzał, on musi być szybszy.
Na prawo: Milwer Jukk, stary wyga z blizną przecinającą pysk, przejął dowodzenie nad drugą grupą. Bram, trzęsąc się z emocji, niemal deptał mu po piętach, podczas gdy Pips osłaniał ich tyły, gotów w każdej chwili rzucić się do szarży. Jukk prowadził ich szerokim łukiem, chcąc zajść strzelca od strony starej studni.
Wsparcie: Z tyłu, w głębokim cieniu, zostali grenadierzy i Brenna. Ich zadanie było najtrudniejsze – trwać w bezruchu i czekać na sygnał. Brenna, zaciskając dłonie na karabinie, czuła każde uderzenie serca. Grenadierzy przygotowali swoje prymitywne, żeliwne "tłuczki", sprawdzając zapalniki. Byli ubezpieczeniem na wypadek, gdyby z wnętrza domu wyłoniło się coś gorszego niż jeden karabinier.
– Na mój znak... – przemknęło przez myśl Krolowi, gdy poczuł, że oba skrzydła są już na pozycjach.
Ciszę Nefyn przeciął nagły, suchy trzask łamanej gałęzi pod ciężką stopą Guffa. Postać za murkiem drgnęła. Lufa rhyfla zaczęła się powoli obracać w stronę grupy Krola.
Kiedy oczy Pipsa i Jukka przyzwyczaiły się do migotliwego światła nocy, dostrzegli więcej szczegółów. To nie był tylko jeden strzelec. Zza murku i z głębi sadu wyłaniały się kolejne sylwetki w charakterystycznych, nieco wyższych nakryciach głowy.
– Gwynt – wycedził przez zęby Jukk, poprawiając chwyt na broni. – Królewskie cwaniaki. Zawsze tam, gdzie nie powinno ich być.
Żołnierze Gwyntu poruszali się z irytującą precyzją. Nie panikowali, nie szeptali. Wykorzystywali cienie drzew tak umiejętnie, że gdyby nie sokoli wzrok Pipsa, oddział Krola mógłby wpaść prosto w ich sidła. Królewscy znali teren Nefyn równie dobrze jak oni, a ich mundury, choć przybrudzone błotem, wciąż nosiły znamiona dyscypliny, której brakowało wielu frakcjom "Długiej Wojny".
Krol poczuł dreszcz. Wiedział, że jeśli za murkiem są ludzie Gwyntu, to dom nie jest tylko przypadkowym schronieniem – to prawdopodobnie punkt kontaktowy lub wysunięta placówka ich wywiadu.
– Brenna, grenadierzy, gotowość... – Krol nadał sygnał dłonią, który przeszedł wzdłuż linii niczym prąd.
Jukk po prawej stronie uniósł rhyfla do ramienia. Widział, jak jeden z żołnierzy Gwyntu wyciąga coś z torby – prawdopodobnie flarę, by wezwać posiłki lub oświetlić sad. Jeśli Gwynt wystrzeli pierwszy, przewaga zaskoczenia zniknie w ułamku sekundy.
To nie była flara, to był granat. Grenadierzy Gwyntu używali specjalnie dociążonych ładunków o zwiększonej sile rażenia, idealnych do "czyszczenia" sadów i ciasnych pomieszczeń. Jeden precyzyjny rzut wystarczył.
Huk uderzył w nich jak fizyczna ściana. Fala uderzeniowa przeszła przez grupę Krola, rzucając Motsa i Guffa na ziemię. Yawdryl poczuł, jak grunt usuwa mu się spod nóg, a w uszach zakwitł wysoki, piskliwy ton, który zagłuszył wszystko inne. Świat zawirował i pociemniał.
Gdy pył zaczął opadać, na placu boju pozostał tylko jeden Quar, który wciąż utrzymywał się na kolanach. Mots.
Biedny Mots, który zazwyczaj trzymał się na samym końcu, teraz klęczał na mokrej ziemi, trzymając się za głowę. Jego pyszcz był umazany błotem, a oczy – wielkie i przerażone – próbowały wyostrzyć obraz. Wokół niego, w nienaturalnych pozach, leżeli jego towarzysze. Nie ruszali się. Obraz z pamiątkowego zdjęcia, które Krol miał w kieszeni, właśnie zaczął krwawić w rzeczywistości.
Mots widział przez mgłę, jak grenadier Gwyntu – potężna sylwetka w ciężkim pancerzu napierśnym i hełmie z szerokim rondem – powoli wychodzi zza murka. Królewski elitarny żołnierz niespiesznie wyciągał z pochwy krótki, ząbkowany kordelas, sprawdzając, czy ktoś jeszcze stawia opór.
Mots spojrzał na swój karabin leżący metr dalej. Jego dłonie drżały tak mocno, że ledwo czuł palce.
Gdy grenadier Gwyntu napawał się widokiem powalonego oddziału Krola, ciszę po wybuchu rozdarł charakterystyczny, suchy terkot lekkiego karabinu maszynowego. To grupa Jukka weszła do akcji z morderczą precyzją.
Strumień ołowiu przeszył stóg siana, rzucając trzech żołnierzy Gwyntu na ziemię, zanim zdążyli w ogóle unieść broń. Pips stojący za Jukkiem dołożył swoją "poprawkę". Jego rhyfel szczeknął – strzał znalazł cel, zmuszając pozostałych przy życiu przeciwników do panicznej ucieczki.
Ocalali Gwyntowcy, oszołomieni siłą ognia i nagłą stratą kolegów, rzucili się w stronę starego, skrzypiącego wiatraka, który górował nad polami. Skryli się za jego grubą, kamienną podstawą, próbując złapać oddech i przeładować broń.
Krol, mimo oszołomienia, nie zamierzał poddać się bez walki. Widząc grenadiera zbliżającego się do Motsa, Yawdryl zebrał w sobie ostatki sił by przyjąć szarżę wroga.
Przez moment wydawało się, że jego determinacja przeważy. Jednak elita Gwyntu nie bez powodu nosiła swoje insygnia. Grenadier wykonał krótki, precyzyjny unik i wyprowadził kontratak. Yawdryl Krol upadł na kolana, a potem twarzą w błoto Nefyn. Pamiątkowe zdjęcie, skryte w jego kieszeni, przycisnął ciężarem własnego ciała. Dowódca nie żył.
Mots, widząc upadek swojego Yawdryla, próbował krzyczeć, ale kolejny wystrzał ugodził go w ramię. Padł obok reszty. Sad wypełniły jęki rannych i ciężkie oddechy zwycięzców. Guff, Keff,... wszyscy leżeli bezwładnie pod chałupom.
Pod osłoną dymu, żołnierze Gwyntu ruszyli między pola zbóż niczym żniwiarze. Ich ciężkie buty dudniły o twardą ziemię Nefyn, a bagnety lśniły złowrogo w nikłym świetle księżyca. Nie było wezwań do poddania się, nie było litości.
Bram, który jeszcze przed chwilą trząsł się z nerwów, nie zdążył nawet otworzyć oczu. Królewski żołnierz, bez słowa, zakończył jego strach krótkim pchnięciem. Tuż obok leżał potężny Guff. Kowal, który był ostoją oddziału, próbował jeszcze unieść ramię, osłonić kolegę, ale dwóch Gwyntowców dopadło go jednocześnie. Wielki Quar, który na zdjęciu wyglądał na niezniszczalnego, znieruchomiał na zawsze w błocie sadu.
Mots, leżący zaledwie kilka kroków dalej, widział to wszystko przez mgłę łez i bólu. Widział, jak jego przyjaciele, z którymi jeszcze rano dzielił racje żywnościowe, stają się tylko bezwładnymi kształtami pod drzewami.
Jukk nie pozwolił oddziałowi na chwilę słabości. Krótkimi, ostrymi rozkazami sformował linię. Podczas gdy Olo trzymał Gwyntowców za wiatrakiem pod ciągłym ogniem, Pips wykazał się niesamowitą zimną krwią. Wykorzystując dym i zamieszanie, dopadł do jednego z rannych żołnierzy Gwyntu, który leżał blisko murku. Zamiast bagnetu, użył siły – chwycił go za oporządzenie i odciągnął w mrok, na tyły.
– Mamy język! – syknął Pips, przekazując rannego wroga grenadierom. To był kluczowy ruch. Jeniec z elitarnego oddziału wiedział wszystko o rozmieszczeniu sił w tym sektorze Nefyn.
Oddział Jukka, zamiast wikłać się w wyniszczającą walkę o dom, zaczął „przesiąkać” przez pola. Poruszali się nisko przy ziemi, wykorzystując każde zagłębienie terenu i każdy cień rzucany przez wiatrak. Infiltracja trwała.
Noc nad Nefyn stała się gęsta i duszna. Jukk, wraz z czterema ocalałymi rhyflerami, zajął pozycje głęboko na tyłach wroga. Byli jak duchy – brudni, wyczerpani, ale wykonali zadanie. Infiltracja się powiodła. Jednak radość z sukcesu dławił brak jednego z nich. Motsa.
Kiedy patrol Gwyntu odnalazł rannego Motsa w sadzie, Jukk nie wydał rozkazu do ataku. Wiedział, że kolejna strzelanina skończy się masakrą. Zamiast tego, Milwer zrobił coś, co wymagało więcej odwagi niż szarża – wyszedł z podniesionymi łapami, trzymając w jednej ręce białą szmatę, a w drugiej ciężki, wiklinowy kosz.
Spotkanie na ziemi niczyjej było krótkie i napięte. Królewscy z Gwyntu wciąż trzymali palce na spustach, ale zapach świeżych ćmowych ciastek i aromat wysokoprocentowego destylatu, który Jukk pędził potajemnie w swojej jednostce, zdziałały cuda. W świecie, gdzie racje żywnościowe smakują jak trociny, taka oferta była warta więcej niż honor korony.
Po krótkiej, szeptanej wymianie zdań, żołnierze Gwyntu wypchnęli oszołomionego Motsa w stronę Jukka. Ranny Quar ledwo trzymał się na nogach, ale żył. Nienawiść, choć wciąż tliła się w oczach Jukka na myśl o Krolu, Bramie i Guffie, została stłumiona. W tym momencie liczył się tylko powrót do domu.









Chciałbym zobaczyć raport drugiej strony. Szlachetni żołnierze Gwyntu nie dobijają rannych, a wasze flejowate quary musiały najzwyczajniej skonać ze strachu!!
OdpowiedzUsuń@Anonimowy: mocne słowa jak na nieopierzoną kite!
OdpowiedzUsuńA poważnej podejrzewam że poszło o kijowe rzuty na Tend Wounded bo strzelanie do rannych jest wysoce naganne, a dobijania OOA gra w ogóle nie przewiduje.
Ale historię piszą zwycięscy, a tymi są krzyżowcy w tym przypadku - więc "bezduszne gwynty dobijały rannych".