Misja pierwsza - przygotowania
Deszcz uderzał o metalowy pokład barki desantowej z głuchym, monotonnym dudnieniem, mieszając się z rykiem silników parowych. Rzeka Erdwyn była tej nocy niespokojna, jej czarne wody pieniły się przy burtach, niosąc ze sobą zapach błota i spalonego węgla. W półmroku ładowni, oświetlonym jedynie przez drgające płomienie lamp naftowych, pluton Vrynna przygotowywał się do swojej pierwszej wspólnej operacji na wyspie Nefyn.
Ostatnie przygotowania
Atmosfera była gęsta od napięcia i odoru mokrej wełny płaszczy.
Perrin siedział na podłodze, mocno ściskając między kolanami swój wiklinowy kosz. Wyczuwał niepokój swoich podopiecznych – Nitka i Węzeł kręciły się w środku, drapiąc pazurkami o ściany, podczas gdy Iskra próbowała podgryzać rzemień jego hełmu. Perrin uspokajał je cichym mruczeniem, co chwilę sprawdzając, czy bębny z kablem są szczelnie owinięte woskowanym płótnem.
Brenna, z przewieszonymi przez ramię torbami pełnymi opatrunków i sucharów, krążyła między „kitami”, sprawdzając, czy mają zapięte kołnierze. Wcisnęła każdemu do łapy po kawałku twardego piernika. „To na energię, jak już wysiądziecie w tym błocie” – burczała, choć jej oczy zdradzały matczyną troskę.
Oldyr siedział w najciemniejszym kącie, niemal całkowicie nieruchomy. Jego długa strzelba spoczywała na kolanach, owinięta w szmaty maskujące. Stary weteran nie jadł piernika. Patrzył tylko w ciemność za burtą, jego proteza skrzypiała cicho przy każdym uderzeniu barki o falę. On wiedział, jak smakuje Nefyn – i nie był to słodki smak.
Rozkaz Vrynna
W końcu Sub-Caenerol Vrynn wystąpił na środek. Światło lampy wyostrzyło jego zmęczoną twarz i pusty rękaw munduru, który wiatr szarpał we wszystkie strony. W jedynej dłoni trzymał pognieciony arkusz papieru z oficjalną pieczęcią Sztabu 7. Dywizji.
Uderzył dłonią w metalową ścianę, by uciszyć pomruki silnika, i zaczął czytać chrapliwym głosem:
„Z rozkazu Dowództwa Maer Braech: Pluton Vrynna ma przeprowadzić skryty desant na południowym cyplu wyspy Nefyn. Cel: odnaleźć i zneutralizować baterie ciężkiej artylerii Rojalistów, które paraliżują przeprawę naszych głównych sił przez rzekę. Macie być duchem, który uderza w serce ich stali. Jeśli działa nie umilkną przed świtem, flota zostanie rozniesiona w pył.”
Vrynn zwinął papier i spojrzał na swoich ludzi. – Słyszeliście? Rojaliści myślą, że Nefyn to ich forteca. My pokażemy im, że to ich pułapka. Perrin, potrzebuję linii do sztabu zaraz po tym, jak zabezpieczymy przyczółek. Oldyr, ty idziesz pierwszy, znajdź te działa. Brenna... trzymaj chłopaków w kupie.
Gdy barka uderzyła o piaszczysty brzeg wyspy, a rampa opadła z ciężkim hukiem, w twarze Quarów uderzył zimny wiatr Nefyn. Pierwsza misja kampanii właśnie się zaczynała.
Rampa barki opadła z ciężkim chrobotem, wrzynając się w mulisty brzeg wyspy Nefyn. Chłodne, nocne powietrze natychmiast wypełniło ładownię, niosąc zapach wodorostów i mokrej ziemi. Sub-Caenerol Vrynn nie tracił czasu. Jednym ruchem sprawnej ręki wskazał na niewielkie wzniesienie osłonięte rzadkimi zaroślami.
– Grendel! – krzyknął Vrynn do starego dowódcy grenadierów. – Rozbijcie tu obóz. Okopcie działo, rozstawcie warty i niech Perrin spróbuje przeciągnąć pierwszy kabel do brzegu. Jeśli coś pójdzie nie tak, macie być naszą twierdzą.
Gdy reszta plutonu zaczęła w milczeniu wyładowywać skrzynie, Vrynn odwrócił się do swojego zaufanego podoficera. Yawdryl Krol akurat odpalał nową końcówkę cygara od żaru poprzedniego.
– Krol, bierz ludzi. Idziecie na szpicę – rozkazał Vrynn, a jego głos stał się cichy i zimny. – Skład: Pips na oko, Guff jako wsparcie, Keff do pełzania w błocie, Tolly i Harl do asekuracji, Bram, Mots, Olo i Ryn. Bierzesz też Jukka, muszę mieć pewność, że nic wam się nie zatnie w tej wilgoci. No i Brenna... – Vrynn spojrzał na Dynę, która już poprawiała torby medyczne. – Jeśli kogoś trafią, musisz go poskładać na miejscu.
Krol skinął głową, wypuścił gęsty kłąb dymu i rzucił krótkie: – Za mną, kity! Ruchy, zanim nam kopyta w tym błocie zgniją!
Patrol w głąb Nefyn
Ruszyli w głąb wyspy. Na przedzie, niemal zlany z ciemnością, poruszał się młody Pips. Jego sokoli wzrok przeczesywał każde zarośla. Tuż za nim, niczym cień, przemykał Keff, który w tym podmokłym terenie czuł się lepiej niż na placu apelowym.
Guff szedł z tyłu za Pipsem, trzymając swój karabin jak zabawkę, gotowy zasłonić przyjaciela własnym ciałem. Obok niego dreptał Bram, trzymając się blisko potężnego kowala i co chwilę nerwowo nasłuchując odgłosów nocy.
Patrol Krola wyszedł na krawędź niewielkiego, zaniedbanego sadu. Między rzędami dzikich drzew owocowych majaczyła sylwetka niewielkiego, domu z kamienia, otoczonego niskim murkiem. To typowa zabudowa Nefyn – solidna i łatwa do obrony.
– Spójrzcie na ten murek – szepnął Pips, mrużąc oczy. – Ktoś tam leży. Widzę lufę rhyfla wystającą zza kamieni....
CDN.




